[content goes here]

Samotność w wielkim mieście // Hasło brzmiało: cheeseburger

Posted on: April 2, 2012

(Chwilowo gościnnie RedHatJunJun <3)

Całe dwa tygodnie, które spędzam w stolicy pewnego państwa w Azji, głównie się bujam po mieście. Zadanie, z którym przyjechałam, wymaga niewiele czasu w terenie, wobec czego o ile nie dopisuję, dodrukowuję, szukam adresów, etc. to szukam Internetu w publicznych miejscach. Głównie bujam się po centrach handlowych, pewniakami są też markety 7/eleven. Całkiem sporo miejsc ma „swój” wifi, ale z jakichś względów większość tych sieci nie jest kompatybilna z moim sprzętem, dlatego 7/ eleven to dobry wybór, bo tam zawsze jest biznet. W chwili, kiedy to piszę, jestem w restauracji, która posiada swój wifi, ale mój komputer się nie łączy i pewnie nie jest to kwestia mojego laptopa a właśnie sieci.

Te dwa tygodnie czuję się bardzo samotna. Większość czasu spędzam sama, chodząc z ciężką torbą (laptop, który jest grubości kilku MacBooków Air), z trudem poruszając się po zakorkowanym mieście. W restauracji jestem całkiem sama, wszystkie stoliki puste. Przypomina mi to scenę z tego strasznego filmu „Jedz, módl się, kochaj”, kiedy Julia Roberts je spaghetti czy coś w restauracji, wokół niej na placu same puste stoliki przykryte białymi obrusami. Też lubię jeść. Nie przeszkadza mi jedzenie samej, niemniej potęguje to poczucie osamotnienia w wielkim mieście. I jak wspomniałam, poruszanie się po nim.

Transport publiczny tutaj jest (to wcale nie takie oczywiste, ponieważ np. na Bali, często odwiedzanej przez turystów i znanej jako „raj na Ziemi” transport publiczny jest tak szczątkowy, że wręcz żaden) i działa całkiem sprawnie, tyle że trzeba się orientować. Typowy przyjezdny ma nikłe szanse, żeby z sukcesem korzystać z komunikacji miejskiej, gdyż autobusy i busiki nie zatrzymują się na przystankach (przystanki można traktować jako swego rodzaju wytyczne i punkty orientacyjne, ale ogólnie się nie stoi i nie czeka), kierowcy zaś mają sporą dowolność w wyborze trasy. Szczęśliwie trzymają się pewnych założeń, czyli autobus numer taki a taki jedzie w tym kierunku i powinien, tak, powinien ale to też nie jest stuprocentowo pewne, mijać takie a takie miejsce. Być może dlatego nie widuję żadnych przyjezdnych w autobusach. Poza prywatnymi autobusami i busikami jest jeszcze miejski autobus, który posiada wyznaczone przystanki i mapę, kilka tras i z grubsza można na nim polegać. Niestety nie dociera w wiele miejsc. Tam też nie widuję zbyt wielu przyjezdnych. Tutaj ludzie przeważnie poruszają się samochodami albo skuterami/motocyklami. Inne jest też pojęcie odległości.

Gdy studiowałam, z domu rodzinnego na uczelnię miałam ok. 25 minut na piechotę, komunikacją miejską oszczędzałam niewiele czasu ze względu na brak bezpośredniego połączenia, więc albo szłam na przystanek tramwajowy, jechałam jeden przystanek, szłam na przystanek autobusowy, podjeżdżałam dwa lub trzy przystanki, albo spod domu jechałam autobusem, jeśli akurat się trafił, a potem szłam na piechotę kawałek. Łącznie zazwyczaj potrzebowałam ok. 20 minut, dlatego częściej zwyczajnie chodziłam. Tu zaś odległość 500 m jest uznawana za „spory kawałek” i konieczny jest środek transportu. W moich kręgach towarzyskich to skuter bądź motocykl. Swego czasu nie zdałam egzaminu na prawo jazdy i myślę, że całkiem słusznie. Niestety w związku z tym do tej pory jestem zdana na własne nogi, transport publiczny lub osoby zmotoryzowane chętne mnie gdzieś zabrać. Chyba to właśnie ta niemożność swobodnego poruszania w połączeniu z nieznajomością miasta i jego nieprzystosowaniem dla pieszych potęgują moje poczucie osamotnienia.

Lekiem na samotność jest Internet. Tutaj w domach ludzie raczej nie mają łącza i krajobraz przypomina mi trochę Warszawę sprzed kilkunastu lat, kiedy co rusz była kafejka internetowa. Gdybym była gdzieś w Europie, powiedzmy w większym mieście, pewnie bym siedziała zaszyta w domu, przyklejona do laptopa i zamawiała pizzę, od czasu do czasu wychodząc „po bułki” do lokalnego supermarketu, gdzie absolutnie nikt by na mnie nie zwracał uwagi. Ale nie jestem gdzieś w Europie tylko gdzieś w Azji i mimo, iż jestem w jednym z największych miast tego kraju, to muszę się wynurzyć z domu, spędzić mnóstwo czasu próbując się gdzieś dostać i dopiero wtedy mogę mentalnie pobyć gdzie indziej.

W związku z tym zaczynam mieć pewne rozeznanie w temacie. Wiem, że w Starbucksie nie ma ani dobrej kawy ani dobrego jedzenia, cena tego, co tam serwują wielokrotnie przewyższa ceny korzystania z jakiejkolwiek kafejki internetowej, za to jest jakiś komfort. Doceniam klimatyzację i brak tłumów dzieci w wieku od przedszkola do liceum, które zaglądają mi przez ramię albo krzyczą w niebogłosy, grając w jakieś strzelanki. Po jedzeniu w Burger Kingu nie czułam się tak źle, jak się tego spodziewałam, poza tym przypomniały mi się stare dobre czasy, dawno temu, gdy moje troski były podstawówkowe a w mieście mego pochodzenia naprzeciwko siebie był Burger King i McDonald’s i okazjonalny hamburger z frytkami były frajdą i rarytasem. Poza tym teraz w Burger Kingu można kupić colę w formie sorbetu. O ile jest na wynos, jest fajna. Najlepszym spotem jest 7/eleven, bo można tam kupić wszystko, łącznie z podpaskami w razie sytuacji awaryjnej, poza tym mogę się poczuć prawie jak w Japonii. I lubię tamtejszą samoobsługę. Za to jedzenie jest tak fatalne, że tego hot doga (udekorowanego własnoręcznie) jeszcze długo nie zapomnę, ku przestrodze.

Sieci zazwyczaj są hasłowane i albo jest to interfejs z loginem i hasłem albo przy łączeniu się z siecią trzeba od razu podać hasło. Zdarzyło się hasło banalne, związane z nazwą kawiarni, zdarzyło się hasło wielocyfrowe, zdarzyło się hasło „smażony ryż” w kawiarni serwującej, cóż, poza wyborem kaw także smażony ryż. Zdarzyło mi się też być w Starbucksie, który miał własną szwankującą sieć, a że już tam się usadowiłam z obrzydliwym blended cream, polecono mi zasysać sygnał z McDonaldsa znajdującego się dwa piętra wyżej. Hasło brzmiało „cheeseburger”.

Po bardzo długim czasie, odkąd po raz pierwszy postała mi w głowie myśl, by pisać bloga, ale nie bardzo mi się chciało ani nie bardzo wiedziałam, w jakim celu miałabym to robić, z nadmiaru czasu w klimatyzowanych galeriach handlowych powstała właśnie pierwsza notka.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: