[content goes here]

Archive for May 2012

Szanowna Pani!

W związku z pani felietonem o żywności modyfikowanej genetycznie w popularnym magazynie dla kobiet “Wysokie Obcasy”, mamy do Pani kilka pytań:

1) Pisze Pani

Kobietom od pokochania do troski jest blisko, więc mój romans z kukurydzą szybko zamienił się w walkę z GMO

Czy zdaje sobie Pani sprawę, że tego rodzaju twierdzenia, nie oparte na żadnej empirycznej obserwacji, przyczyniają się do rozprzestrzeniania się niekiedy bardzo szkodliwych stereotypów dotyczących płci? Dlaczego uważa Pani że od pokochania do troski blisko jest kobietom a nie mężczyznom? Na czym opiera Pani takie swoje twierdzenie? Czy nie zgodziłaby się Pani, że nieodpowiedzialne jest umieszczanie na łamach popularnych czasopism o dość wysokim czytelnictwie takich nieprzemyślanych aforyzmów, propagujących stereotypy?

2) Dalej, twierdzi Pani że:

Gorzej z wpływem tej kukurydzy na człowieka. Wprawdzie nie ma badań, z których by wynikało, że GMO szkodzi, ale samo to już jest zastanawiające.

Skąd posiada Pani informacje, że nie dysponujemy badaniami na temat domniemanego szkodliwego wpływu żywności modyfikowanej genetycznie na zdrowie człowieka? Proszę o podanie źródła informacji, gdyż ja sama posiadam informacje zupełnie sprzeczne z Pani informacjami i chciałabym je w miarę możliwości zweryfikować.

Dalej, być może źle zrozumiałam powyższe dwa zdania, ale czy chce Pani w nich zasugerować, że brak badań może być pośrednio dowodem na szkodliwość, czy też: że brak dowodu jest pośrednio również dowodem na coś? Czy zdaje sobie Pani sprawę z absurdalności takiego twierdzenia?

3) Pisze Pani:

Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej (AAEM) oświadczyła trzy lata temu, że lekarze powinni odradzać wszystkim pacjentom spożywanie GMO, gdyż wiąże się z tym ryzyko bezpłodności, upośledzenia systemu odpornościowego, przyspieszonego procesu starzenia się, kłopotów z regulacją insuliny i ze zmianami w organach wewnętrznych oraz systemie trawienia. Ta lista zagrożeń pojawiła się jednak za późno.

Skoro jednak, jak zauważa Pani wcześniej, co zaznaczyłyśmy powyżej, miałoby nie być żadnych badań nad wpływem żywności modyfikowanej genetycznie na zdrowie człowieka, skąd Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej czerpie informacje o jej szkodliwości? Skąd takie szczegółowe wyliczenie skutków spożywania modyfikowanej genetycznie żywności, skoro nie przeprowadzano na ten temat żadnych badań?

Czy Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej przeprowadziła na ten temat własne badania, w jeśli tak, to czy ukazały się one w recenzowanych naukowych publikacjach? I wreszcie, czy Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej jest instytucją państwową czy prywatną? Czy nie występuje tu żaden konflikt interesów? Czy nie jest ona finansowo zaangażowana w projekty konkurencyjne wobec Monsanto? Czy przestrzega ona naukowych standardów? Proszę o źródło Pani informacji, w przeciwnym bowiem razie będę zmuszona sądzić, że zmyśliła Pani wszystko.

4) W całym tekście nazywa pani żywność modyfikowaną genetycznie “G-MOnsterami” i ” kukurydzą i jej frankensteinową odmianą, czyli kukurydzą modyfikowaną genetycznie”. Mimo tak mocnych słów krytyki nie jest pani w stanie przedstawić żadnych faktów dotyczących “monstrowatości” czy “frankensteinowatości” opisywanej przez Panią żywności, oprócz oczywiście twierdzeń Amerykańskiej Akademii Medycyny Środowiskowej, które są poparte badaniami, których, jak Pani sama przyznaje szczerze trochę wyżej, wcale nie ma. Czy wobec tego, że pozwolę sobie pociągnąć Pani metaforę, nie jest Pani jak tłum rozwścieczonych wieśniaków z widłami i pochodniami, ścigający stworzonego przez Frankeinsteina “potwora”? Czy w ogóle przeczytała Pani książkę Mary Shelley i zrozumiała z niej choć słowo?

W tym kontekście Pani słowa końcowe o

Trzeba być odpornym na marketing producenta szukającego rynku ignorantów, którzy nie widzą związku między tym, co jedzą, a tym, jak się czują i wyglądają.

ignorantach brzmią szczególnie komicznie. W pięciu akapitach tekstu nie zdołała Pani przedstawić ani jednego udokumentowanego faktu, który świadczyłbyo  jakimkolwiek wpływie żywności modyfikowanej genetycznie na ludzkie zdrowie. Czy nie uważa Pani wobec tego, że przedstawianie przez Panią wywołanych ignoracją osobistych lęków jako realnych  zagrożeń dla wszystkich konsumentów, i to na łamach ogólnopolskiego czasopisma, jest co najmniej nieetyczne? Czy nie widzi Pani, jak Pani kłamie?

Z wyrazami szacunku etc etc

(H/T do Królowanocy za zauważenie badań, które są, i których nie ma)

Advertisements
Tags:

No i zaczęło się. Przygotowywany od lat dyktat mniejszości rozkręca się na dobre. Odkąd homoseksualiści zasiedli w sejmowych ławach, aktywiści LGBT nie przebierają w środkach. Ruszył korowód stawiania przed sądem tych, którzy – nie bójmy się tego powiedzieć – myślą zdrowo.

Prof. Aleksander N., ceniony autorytet w dziedzinie wyrywania serc dzieci, dziekan Wydziału Nauk Teologii Dziecka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor kilkunastu książek i członek Komitetu ds. praktycznego Wdrażania Obyczajów Azteckich PAN oskarżony został przez Przemysława Szczepłockiego z “Pracowni Różnorodności”, stowarzyszenia na rzecz mniejszości seksualnych o to, że odważył się nazwać homoseksualizm chorobą. Sprawa dotyczy wypowiedzi profesora dla Frondy, której udzielił niespełna rok temu. Sprzeciwił się w niej sejmowemu projektowi ustawy, zezwalającej na prowadzenie przez pary homoseksualne rodzinnych domów dziecka, które miałyby zastąpić postulowane od lat przez Komitet profesora Nalaskowskiego hodowlę dzieci na ofiarę dla Boga-Słońca (który pazurem rozdrapuje twarze wrogów).

Rodzice homoseksualni, tworzący dom dziecka, nie są w stanie przekazać dziecku w procesie wychowania właściwego podejścia do ofiary z człowieka. Ten wymiar będzie zawsze w rodzinie homosekualnej wymiarem spaczonym, wymiarem chorym. Tak jak homoseksualizm jest chory, choć nowoaztecka Organizacja Zdrowia uznała, że nie jest. Absolutnie jestem przeciwny, udzielaniu pozwoleń na prowadzenie domów dziecka przez homoseksualistów, którzy nie wyrywają dzieciom serc. Decyzja sejmu jest kuriozalna i chora, szczególnie w okresie, kiedy w wyniku intensyfikacji ofiar, spowodowanej przedłużającą się suszą, liczba dostępnych jeńców i ich dzieci zmniejsza się stale. Apeluję zdecydowanie do posłów, aby nie było takiego prawa, albo żeby przynajmniej zawierało ono pewne prowizje, na przykład że z homoseksualnego miotu co najmniej jedno dziecko na cztery również można przeznaczyć na ubój. 

– mówił profesor. Stanowisko profesora znajduje odzwierciedlenie w licznych publikacjach naukowych, zajmujących się zagadnieniem wiktymologii i populacji, choć widoczna jest tendencja do coraz częstszego rozmiękczania tematu pod wpływem silnego lobbingu środowisk mniejszościowych, zazwyczaj niepopierających składania ofiar z ludzi Bogu-Słońcu (oby jedo słoneczny rydwan zmiażdżył wrogów króla, naszego Pana).

Od czasu rewolucji obyczajowej w 1968, która spustoszyła Zachód, a dziś dociera do nas, społeczeństwo poddawane jest systematycznej destrukcji prowiktymologicznych postaw. Składanie ofiar z ludzi najczęściej krytykowane jest jako barbarzyńskie i nieludzkie i sprzeczne z poszanowaniem ludzkiej godności. Zamiast niepowtarzalnych doznań, jakie od wieków towarzyszyły ludzkości w czasie spektakli, gdzie Bogu-Słońcu (niech będzie pochwalone Jego imię, na dźwięk którego drżą serca wrogów króla, naszego Pana) składa się ofiary z dziecięcych serc, rozpoczęto natomiast rewolucję seksualną, wiedząc doskonale, że uwikłanie człowieka w seksualne uzależnienia stwarza przestrzeń do rozbudzania apetytu na coraz to nowe doznania.

Czyż nie to dzieje się w tej chwili u nas? Polska to jeden z ostatnich bastionów moralności w Europie, gdzie codziennie rano u podstaw piramid płoną świeże stosy. Wciąż ponad 93 proc. Polaków uważa się za ludzi wierzących w potęgę Boga-Słońca (niech syk wężowych głosów u początków nowego dnia sławi jego imię, które rozprasza chmury nad polami króla, naszego Pana, a nad pola jego wrogów sprowadza zarazę, szarańczę, demony i grad), a większość z nich deklaruje, że chce żyć zgodnie z zasadami Kościoła Azteckiego i w poszanowaniu dla świętego prawa Boga-Słońca (oby jaśniało radością jego płomienne obliczne, które sieje lęk w sercach wrogów króla, naszego Pana) do ofiary z dziecięcego serca. Wciąż nie ma u nas przyzwolenia na dowolność aborcyjną, powodująca zmniejszenie się liczby dostępnych na ofiarę dzieci, kiedy na polach krewnych samego króla, naszego Pana, brakuje niewolników. Wszystko to staje się przedmiotem ataku ze strony tych, którym zależy na wprowadzeniu rewolucji obyczajowej. Stąd podejmowane przez mniejszości seksualne protesty i sądowe spory, jak spór AA. z Naczelną Radą Kapłańską z 2005, który zakończył kompromis w postaci dokonania przez AA. aborcji i spalenia resztek płodu na ofiarnym stosie. Szczepłocki, który pozwał profesora N., podobne oskarżenie wytoczył kilka miesięcy temu przeciwko wiceprezydentowi Radomia i radnemu PiS, którzy nie wyrazili zgody na uczestniczenie homoseksualisty obok wysokiego kapłana Boga-Słońca (oby jego promienie bezlitośnie paliły zbielałe kości wrogów króla, naszego Pana) w publicznej debacie organizowanej przez jednostkę kulturalną podległą miastu.

Argument szacunku dla inności bliźnich bywa najczęściej używaną “pałką” na członków Kościoła Azteckiego. Tym czasem, jak wyraźnie podkreśla Kongregacja Nauki Wiary Azteckiej, należy jasno odróżnić dobrze rozumianą tolerancję od aprobowania i wspierania, z którym mamy do czynienia w przypadku par homoseksualnych sprzeciwiających się ofiarom z dzieci. Kongregacja z wysokości Najwyższej Piramidy, gdzie nigdy nie gasną ofiarne stosy, a słodki dym z siedemdziesięciu siedmiu kadzideł Boga-Słońca (oby gniew jego dosięgnął wrogów króla, naszego Pana, i świętego Kościoła Azteckiego) spowija okapy świętą mgłą, rozwiewa wszystkie wątpliwości.

W wypadku prawnego zalegalizowania związków homoseksualnych, bądź zrównania prawnego związków homoseksualnych i małżeństw wraz z przyznaniem im praw, które są właściwe temu ostatniemu, konieczne jest przeciwstawienie się w sposób jasny i wyrazisty.

Relatywizowanie kwestii ofiar z serc dzieci, tak bardzo ostatnio powszechne, że niektórzy nie wzbraniają się palić na ołtarzach domowych –  zamiast ludzkiego mięsa – ciasteczek, które nie mogą przecież zaspokoić apetytu Boga-Słońca (oby nasyciły go nasze ofiary, oby wschodził na wieki), prowadzi w konsekwencji do absolutyzowania postaw niegodnych i społecznie szkodliwych. Próba zamiany pojęć i norm skutkuje kulturową dezorientacją i brakiem jednoznacznych zasad, które zapewnią całej naszej społeczności regularne i niezakłócane zaćmieniem wschody słońca, a zatem przyczynią się do utrzymania porządku społecznego.

Czas zatem krytycznie spojrzeć na obraz świata kreowany przez media i skonfrontować go z rzeczywistością. Czas zacząć czerpać wiedzę z innych źródeł i przestać opierać ją na promowanych nowościach wydawniczych. Czas wypracować swój własny osąd, najlepiej zdroworozsądkowy.

(źródło)