[content goes here]

Archive for June 2012

Mieszkam między ostatnimi niegrodzonymi osiedlami z najntisów i grodzonymi osiedlami z 2000+, między czterema hipermarketami i jedenastoma placami zabaw, czyli na przedmieściach. Ruch tutaj biegnie w kilku kierunkach: do hipermarketu i z powrotem, do osiedlaka i z powrotem, do prywatnej przychodni i z powrotem, na plac zabaw i z powrotem, do Centrum i z powrotem następnego dnia.

Ale Centrum nie liczy się, bo jest daleko i nie można do niego dojść pieszo, a jak się chce dojechać samochodem, to trzeba wyjechać z osiedlowych uliczek: wtedy od razu wiadomo, że coś jest nie tak.

Plagą mojego przedmieścia, jak wszystkich przedmieść, są grodzone osiedla. Najpierw te z końca najntisów, gdzie budowano trzy bloki w miejscu, gdzie nie ma dojazdku, grodzono je ze wszystkich stron,  bezsensownie umieszczając w najmniej widocznym miejscu bramę wjazdową z domofonem i ochroniarzem, wychodzącą na, w najlepszym razie, drogę gruntową. To o takich osiedlach pojawiają się potem sensacyjne artykuły, zaczynające się od “karetka nie mogla wjechać na teren (…)”.

Potem są osiedla z roku około 2000: ktoś wpadł na pomysł, że można ogrodzić osiedle ze wszystkich stron, ale wszystkie bramy zostawiać niezamknięte. Sugeruje to pewną otwartość mieszkańców wobec wszystkiego, co pojawia się zza płotu, a nawet zza dwóch płotów albo nawet zza ulicy. Jedno z takich osiedli rozlazło się jak ropusze truchło za jednym z hipermarketów, o otwartości mieszkańców na nowe i obce świadczyć może chociażby ich podejście do sklepowych wózków, radosne i beztroskie:

Można podejrzewać, że wspólnota mieszkańców sprowadziła je tu w celu zbadania ich szybkości i wyporności, ale tak naprawdę wyobrażam sobie, że wspólnoty dwóch sąsiednich domów na zebraniu zadecydowały o odstawieniu na osiedlowy parking dwóch wózków sklepowych, rozmiar S, w celu wykorzystania ich przez mieszkańców obu domów, według siatki godzinowej ustalonej na tym samym zebraniu (pani spod 16 kłóciła się długo i wytrwale, że ona do 18 pracuje i wolałaby później, ale wzięto pod uwagę, że sklepy nie są całodobowe i przegłosowano ją, na co skarżyła się jeszcze tydzień na liście mejlingowej mieszkańców pierwszego domu) do robienia zakupów w hipermarkecie, który, z perspektywy obu wspólnot, znajduje się na tyłach osiedla, chociaż z perspektywy hipermarketu i ludzi, którzy idą od strony ulicy, to osiedle znajduje się na tyłach hipermarketu, który rozlazł się między polami chwastów jak rozwleczone ropusze truchło, oraz do zakupów w osiedlowym kiosku, dla mieszkańców, których zapotrzebowanie na świeżą prasę jest większe niż przeciętne (“Moje Kucyki Pony” dla Haneczki, komiks z superbohaterami dla Pawełka, “Twój Styl”, gazeta sportowa).

Trzeci rodzaj osiedli jest grodzony fałszywymi płotami: to jest, płoty odgradzają miejsca, gdzie i tak się nie da wejść, załomy w murze, pięć metrów kwadratowych trawnika pod schodami i tak dalej. Od frontu zbudowane są podwyższenia, jak wały obronne, na które da się wejść tylko od prawej strony, a które ciągną się na długości co najmniej stu metrów. Z tyłu budynku też jest mnóstwo fałszywych płotów, podestów i schodów, a wszystkie te fortyfikacje mają maskować wejście przed najeźdźcami zza ulicy albo zza płotu (którego nie ma). Być może architekt inspirował się pałacem na Krecie, zapominając, że to raczej grobowiec niż miejsce do mieszkania.

Przestrzeń między osiedlami to Ziemia Niczyja, pas czarnego, jałowego piasku czy żwiru, jak pod Verdun w marcu 1916. Nie należy do nikogo i nikt o nią nie dba: można to poznać po braku płotów, schodów i podestów. Dałoby się tam sadzić kartofle i gaz ziemny, myślała pewnie niejedna wspólnota mieszkańców, ale zaraz ktoś by je obsikał albo podpalil: tak właśnie bowiem wygląda życie na froncie, nieogrodzone i bez bramy wjazdowej, i tak właśnie wygląda życie, kiedy jest się wystawionym na działanie okrutnych żywiołów, bez płotu i bramy wjazdowej. Taś taś, Filipku, tu możesz sobie rzucić puszeczkę po Coli, jest dużo trawy, nikt nie będzie widział, tu, obok plastikowego kurczaka.