[content goes here]

Archive for June 2014

Środowisko KP od czasu do czasu prezentuje swoje szeroko pojęte oderwanie od rzeczywistości, co w ostatnim czasie świetnie pokazuje przykład A. Graff, która twierdząc, że odkrywa dla polskiego feminizmu macierzyństwo,  wymazała jednocześnie narracje, pracę i badania wielu kobiet, które są spoza Warszawy, spoza wyższej klasy średniej albo spoza środowisk akademickich, które Graff czyta. O ile Graff miała przynajmniej dobre intencje, to o tym samym nie można już mówić w przypadku Sierakowskiego, który wczoraj opublikował długi tekst o tym, jak pozycja szefa Krytyki Politycznej daje mu prawo do wykorzystania i przywłaszczenia pracy swojej byłej partnerki. Jeśli o mnie chodzi, mógł poprzestać na krótkim “jestem chujem”, no ale to już kwestia, powiedzmy, wrażliwości literackiej.

Sierakowski wprost przyznaje, że Cvieta Dimitrova była współautorką wielu jego tekstów, ale nigdy nie podał jej nazwiska jako współautorki, bo:

Dlaczego tak się stało? Otóż Cveta Dimitrova była moją partnerką życiową przez ten czas.

oraz

Większy [powód anonimowości] jest taki, że będąc partnerką życiową szefa Krytyki Politycznej, została obsadzona właśnie w takiej roli. Stała się osobą niewidzialną, kimś funkcjonującym w szarej strefie, prywatnie obsługując publicznego. Nie była równoprawną uczestniczką środowiska, choć stale pracowała na jego rzecz. Jej funkcja pozostawała niezdefiniowana, o jej pracy mało kto wie i nigdy w szczegółach się nie dowie.

Takie słowa muszą zadziwiać szczególnie w kontekście poprzedzających akapitów, w których Sierkowski rozwodzi się nad feministycznymi tekstami traktującymi o bezpłatnej pracy kobiet i o jej niewidzialności. Nieuważna czytelniczka mogłaby pomyśleć, że chodzi tu o opisanie sytuacji, z jaką należy walczyć, w rzeczywistości całe to wprowadzenie stanowi ni mniej ni więcej tylko instrukcję obsługi. Dimitrova była partnerką szefa KP, taką miała rolę, wiąże się z tym anonimowość i koniec.

 Gdzieś powinno być napisane, że była redaktorką każdego mojego tekstu i pomagała przy autoryzacji każdego wywiadu.

Ale nie zostało.

Niektóre teksty, jak na przykład Siła bezwstydnych opublikowana w kilku pismach i językach, były faktycznie w połowie jej autorstwa.

Zadziwiający dwugłos, niżej bowiem mamy:

Intencją tego tekstu nie jest powiedzenie, że każdy wkład powinien być podpisany.

Czyli w zasadzie była współautorką, w zasadzie pracowała za darmo i anonimowo, ale to nie znaczy, że każdy wkład powinien być podpisany.  “Została obsadzona w takiej właśnie roli” jako partnerka szefa KP, prawda? “Stała się niewidzialna, prywatnie obsługując publicznego” i “publiczny” nie miał nic przeciwko takiej sytuacji, a nawet teraz, kiedy pisze o tym, zamiast faktycznie zadośćuczynić, odpowiednio podpisać artykuły, których Dimitrova była współautorką i tak dalej, kończy na “nie jest powiedziane, że każdy wkład musi być podpisany”.

Nie zamierzam popełniać tego samego błędu, dlatego przyznaję, że współautorem tego tekstu w jakichś 30% co najmniej był Sławomir Sierakowski.

 

Advertisements

Tydzień temu spotkałam się po raz pierwszy z określeniem “samotność doktorancka”, nie wiedząc jeszcze, jak bardzo okaże się ono istotne dla opisania codzienności mojej i moich znajomych i przyjaciół.

“Samotność doktorancka” jest szczególnym rodzajem samotności ludzi, którzy spędzają dużo czasu na czytaniu, uczeniu się, zapamiętywaniu i myśleniu w społeczeństwie, gdzie wszystkie te czynności (stany?) są podsumowane z kpiącym lekceważeniem. Objawia się w desperackich próbach zainteresowania rozmówców tematami uważanymi powszechnie za nieużyteczne (dla taniej, nisko wykwalifikowanej siły roboczej), a więc nieinteresujące, rozpaczliwym przywieraniem do ludzi okazujących chociażby odrobinę zainteresowania, rozedrganymi próbami nawiązania kontaktu w poprzek dziedzin i innych podziałów, czasem też nachalnym wciskactwem.

Często to na pewno produkt wtórny przyjmowania wartości propagowanych przez ideologów neoliberalnego wielkiego kapitału za swoje albo za powszechnie obowiązujące. Ile z nas łapało się na tym, że na pytanie “co robisz?” odpowiada, że nic ciekawego? A przecież sama mogłabym słuchać godzinami o ciekawych rzeczach, które robią, których nauczyli się, które badają, które przeczytali, które zapamiętali inni.

Powiedzcie mi coś ciekawego?

W okresach intensywnej pracy żeby nie oszaleć należy stosować umysłowy płodozmian, co jest sztuczką, jaką wypracowałam sobie po trzech dekadach załamań nerwowych i życiowych porażek. Kawałek książki o sumeryjskich czasownikach złożonych, spacer z kotem, pragmatyka historyczna, tłumaczenie komiksowe, co do którego byłam wcześniej przekonana, że będzie jedyną rzeczą, jakiej nie będę raczej robić, tłumaczenie medyczne o dużym potencjalnym impakcie, które stwarza nowy lęk, że pomylę coś w kluczowym momencie i ktoś umrze od skutków ubocznych (absolutnie niemożliwe), fitness, książka o rodzinie Mickiewicza, książka o pasażach, duży i poważny projekt dla dużych poważnych ludzi, kawa na mieście, spacer, mruczenie kota, gramatyka akadyjska, czasowniki percepcji zmysłowej, inne, jeszcze inne rzeczy, które robi się, żeby nie robić ciągle tego samego, a na koniec trzy kwadranse pogardy wobec głupoli, którzy przestrzegając w języku polskim kilku małych reguł, niszczą cały wielki obraz, a pomiędzy tym wszystkim niezliczone literówki, aż w końcu zapada zmierzch i Panda przychodzi po wieczorne głaski.

 

W Eddzie prozatorskiej, gdy nastanie czas końca świata, wilk Fenrir (albo jego potworne potomstwo) ma pożreć słońce i księżyc. Myślałam sobie dzisiaj, że gdyby teraz ktoś wymyślał całą religię wikingów na nowo, zamiast wilka Fenrira musiałby stworzyć kota, który rósłby potwornie szybko i przybierał na kłakach i wadze, świecąc zielonymi oczami w ciemności. Żaden kot nie nadawałby się do tej roli lepiej niż kot Pandzioch, który trzy razy dziennie przychodzi obgryzać mi nos, palce i policzki, i rozczesywać włosy pazurami, w nadziei że od tych machinacji zmięknie mi serce i dam mu więcej mięsa. Patrzy mądrymi oczami i wywija rudym ogonem, wykorzystując każdą chwilę nieuwagi, żeby wbić zęby w ciepłe ludzkie mięso i dogryźć się aż do kości. Człowiek, nieświadomy że i tak pożerany jest właśnie przez czas, czuje się jednak zupełnie bezpieczny, kot Pandzioch dba bowiem o to, żeby gryzieniu towarzyszyło zawsze mruczenie.

Widzę zupełnie wyraźnie, jak z łatwością zjadłby księżyc i słońce. Czym zresztą są słońce i księżyc i wszystkie inne ciała niebieskie, niż błyszczącymi zabawkami zwisającymi z firmamentu, w oczekiwaniu na swojego kota?

Dużo ostatnio myślę o tym czymś, co powoduje, że ludzie nie zmieniają zdania albo je zmieniają, że jedni wolą jeden rodzaj filozofii a inni drugi, że różni ludzie lubią różne książki, że w różnym tempie rozumieją różne teorie i w różnym tempie czytają książki, i wreszcie o Kuhnie, bo myślę, że gdzieś to wszystko da się połączyć w jedną całość.

Czym jest nuda? Czym jest zainteresowanie? Czemu jedne rzeczy interesują bardziej niż inne? Czemu czytam i rozumiem szybciej coś, co mnie interesuje, nawet jeśli tekst jest obiektywnie trudniejszy? Czemu kiedy czytam Sebalda, czuję się, jakbym płynęła albo unosiła się w powietrzu, nie muszę się nad niczym zastanawiać, ale mam wrażenie, że to ja sama myślę, to co czytam, że sama myślę, to co już zostało przez Sebalda napisane? Jak nazwać to coś, co powoduje, że książki Sebalda bardziej do mnie pasują niż książki Bernharda? Nie chodzi przecież o to, że nie lubię Bernharda, ale mimo to jest w nich coś, co wymaga ode mnie uwagi, coś co powoduje, że odbieram je jako obce. Jest coś takiego, co powoduje, że do niektórych tekstów albo wywodów logicznych moje myślenie pasuje bardziej niż do innych, są już trochę moje, zanim jeszcze wiem, że w ogóle istnieją.

Co powoduje, że niektóre teorie filozoficzne albo naukowe, albo inne opisy zjawisk czy faktów rozumie się od razu, jak po pstryknięciu guzika, a innych po prostu nie? Co powoduje, że niektórzy nie są w stanie zrozumieć, jaki sens istnieje w wielu współczesnych teoriach filozoficznych, które krytykują niektóre założenia filozofii post-oświeceniowej?

Dlaczego ktoś po pierwszym zetknięciu z feminizmem bez większego trudu widzi, jak działa cały system opresji i jest w stanie przez analogie organizować swoje myślenia tak, żeby opisać różne zjawiska, dotąd niezrozumiałe, według nowego paradygmatu, a ktoś inny ma taki umysł, który jakby sam buntuje się przeciw zrozumieniu takich rzeczy? Znowu, trudno wyobrazić sobie, żeby poziom trudności miał tu jakiekolwiek znaczenie, musi tu chodzić o coś, co tkwiło w sposobie myślenia czy budowania systemów myślowych czy w ogóle postrzegania już wcześniej, coś co blokuje rozumienie i przyswajanie jednych informacji a umożliwia innych (albo tylko blokuje, albo tylko umożliwia.

Dlaczego łatwiej czyta mi się Prousta a nie Joyce’a? Dlaczego ucząc się pierwszy raz o poststrukturalizmie myślałam, że to wszystko gdzieś ma sens, a słuchając teraz o nowszych, modnych kierunkach w filozofii, rozumiem wszystkie zdania, ale wywód w który się układają, odbieram jako bezsensowny? Co powoduje, że jestem niewierząca i nie byłam w stanie wierzyć w obecność nadprzyrodzonego wszechwiedzącego agenta nawet kiedy chciałam?

Myślę, że muszę przeczytać Kuhna jeszcze raz, od nowa.

 

Tags:

Wzięłam z księgarni, bo leżała na wierzchu i żeby mieć co czytać w kolejce do lekarza. Zastanawiałam się jeszcze nad inną książką, pewnego mocno lansującego się kulturoznawcy, ale zbrzydził mnie ten lans i pomyślałam sobie, Marek Nowakowski nie żyje, umarli się nie lansują. Wzięłam znaczy oczywiście, kupiłam.

Kolejka do lekarza trwała najwyżej dwadzieścia minut, dojazd niewiele dłużej i w tym czasie zdążyłam kilkakrotnie zadać sobie pytanie, czemu właściwie dalej to czytam, przy czym irytowały mnie nie tyle politycznie wtręty o zaczadzeniu komuną i jej wszechobecnych mackach, tudzież o domniemanym fanatyzmie jej wyznawców w opozycji do rzekomego niefanatyzmu chłopców w roku 1953 próbujących po kryjomu zbierać broń palną i szykować powstanie zbrojne, ale raczej wszechobecna pochwała kombinatorstwa, oszustwa i cwaniackiego sprytu. Czytałam jednak dalej i mam nadzieje, że doczytam do końca, bo gdzieś na ostatnich dwudziestu stronach znajduje się sprytnie ukryta przeze mnie recepta, przedmiot pożądania i cel mojego stania w kolejce, którą warto by wykupić, zanim straci ważność.

Z całą pewnością jednak są to najdziwniejsze wspomnienia, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Odnosi się wrażenie, że Nowakowski pisał, jak myślał wtedy i jak myśli nadal, przy czym między wtedy a nadal nie pojawił się żaden moment refleksji co do słuszności takiej czy innej reprezentacji przeszłości, tak jakby reprezentacja przeszłości nie istniała. Jest przeszłość, jest teraźniejszość, nie ma pamięci.

Rozczulający jest dziecinny i chłopacki stosunek do rzeczywistości: są koledzy, są koleżanki; z kolegami rozmawia się o Polsce, chodzi na wódkę i na dziewczyny, koleżanki mają piersi, włosy i usta, i można się z nimi żenić. Szczególnie rozbrajające są fragmenty, w których tym dziecinnym tonem pisze o dorosłym życiu, czyta się to nie jak czyjeś wspomnienia, ale jak relacje z zabawy dziecka w dom. Naiwność i prostota stylu tworzą jednak momenty, w których Nowakowski ociera się o geniusz, jak w krótkim opisie kolegi Żyda, który przeżył getto.

Z drugiej strony naiwnie nabożny stosunek względem przedwojennej przeszłości, przedwojennych profesorów, przedwojennych książek, przedwojennych mecenasów (dzięki czemu dowiedzieć się można, że ksiądz Longchamps de Berier jest owocem wielu pokoleń chowu wsobnego prawniczej gildii), przedwojennych nauczycieli i przedwojennych działaczy przypomina ton z książek dla dzieci w rodzaju “W pustyni i w puszczy”, tym razem jednak słyszany z ust dziecka.

Takie wrażenie potęgowały dla mnie zdania z dziwnie nieprzystającymi do siebie słowami, “litanie, nowenny, pieśni maryjne, bogaty repertuar”, gdzie myślałam, jak dobrze by było, gdyby ktoś powiedział Nowakowskiemu, że to właśnie jest repertuar, czemu nikt mu nie powiedział, że to jest repertuar.

Ale nikt mu nie powiedział, a mi zostało jakies 50 stron.

Tags:

O trzeciej nad ranem myślę, że ktoś powinien wymyślić perfumy pachnące deszczem albo jakikolwiek sposób syntetyzowania tego zapachu wilgoci tak, żeby można go było zabierać ze sobą i wąchać, kiedy od tygodni jest sucho i nawet wieczór pachnie tylko resztkami słońca. Koty kłębią się na górze, na dole i obok, trwa codzienna poranna walka o to, kto dostąpi zaszczytu obudzenia człowieka z ręką podającą śniadanie.

O tej porze roku o wpół do czwartej zaczyna być już jasno.

Czytam Sebalda po kryjomu w łazience, żeby nie wydało się (przede mną), że znowu nie zrobiłam nic po południu. Przy Kajii Motojirou udaję, że tłumaczę fragmenty na angielski, żeby mieć wymówkę, chociaż tak naprawdę chodzi o to przecież, że gromadzi obok siebie rzeczy, których kolory, faktury, zapachy i gęstość wyjątkowo do siebie pasują (bursztynowe szkło butelki na wodę kolońską, kiseru, mydło, tytoń; suszone krewetki, suszone małe rybki, yuba).

Od tygodnia zastanawiam się, jak miałabym przejść od sklepu do domu, gdybym czuła tylko zapachy i wydaje mi się to strasznie proste: krzak z bardzo drobnymi różowymi kwiatkami, piwonie, biała chińska róża, krzak z różowymi kwiatami, krzak z białymi kwiatami, bzy, bzy, akacja, bzy, akacja, akacja, drzewa z brązowymi kiściami kwiatów, krzak który może jest osmantusem, akacja. Próbuję dowiedzieć się, jak się nazywa pierwszy krzak, ale nic z tego nie wychodzi, ma drobne, długie liście, trochę jak igły.

Mija kolejne leniwe popołudnie.