[content goes here]

Marek Nowakowski, Dziennik podróży w przeszłość

Posted on: June 2, 2014

Wzięłam z księgarni, bo leżała na wierzchu i żeby mieć co czytać w kolejce do lekarza. Zastanawiałam się jeszcze nad inną książką, pewnego mocno lansującego się kulturoznawcy, ale zbrzydził mnie ten lans i pomyślałam sobie, Marek Nowakowski nie żyje, umarli się nie lansują. Wzięłam znaczy oczywiście, kupiłam.

Kolejka do lekarza trwała najwyżej dwadzieścia minut, dojazd niewiele dłużej i w tym czasie zdążyłam kilkakrotnie zadać sobie pytanie, czemu właściwie dalej to czytam, przy czym irytowały mnie nie tyle politycznie wtręty o zaczadzeniu komuną i jej wszechobecnych mackach, tudzież o domniemanym fanatyzmie jej wyznawców w opozycji do rzekomego niefanatyzmu chłopców w roku 1953 próbujących po kryjomu zbierać broń palną i szykować powstanie zbrojne, ale raczej wszechobecna pochwała kombinatorstwa, oszustwa i cwaniackiego sprytu. Czytałam jednak dalej i mam nadzieje, że doczytam do końca, bo gdzieś na ostatnich dwudziestu stronach znajduje się sprytnie ukryta przeze mnie recepta, przedmiot pożądania i cel mojego stania w kolejce, którą warto by wykupić, zanim straci ważność.

Z całą pewnością jednak są to najdziwniejsze wspomnienia, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Odnosi się wrażenie, że Nowakowski pisał, jak myślał wtedy i jak myśli nadal, przy czym między wtedy a nadal nie pojawił się żaden moment refleksji co do słuszności takiej czy innej reprezentacji przeszłości, tak jakby reprezentacja przeszłości nie istniała. Jest przeszłość, jest teraźniejszość, nie ma pamięci.

Rozczulający jest dziecinny i chłopacki stosunek do rzeczywistości: są koledzy, są koleżanki; z kolegami rozmawia się o Polsce, chodzi na wódkę i na dziewczyny, koleżanki mają piersi, włosy i usta, i można się z nimi żenić. Szczególnie rozbrajające są fragmenty, w których tym dziecinnym tonem pisze o dorosłym życiu, czyta się to nie jak czyjeś wspomnienia, ale jak relacje z zabawy dziecka w dom. Naiwność i prostota stylu tworzą jednak momenty, w których Nowakowski ociera się o geniusz, jak w krótkim opisie kolegi Żyda, który przeżył getto.

Z drugiej strony naiwnie nabożny stosunek względem przedwojennej przeszłości, przedwojennych profesorów, przedwojennych książek, przedwojennych mecenasów (dzięki czemu dowiedzieć się można, że ksiądz Longchamps de Berier jest owocem wielu pokoleń chowu wsobnego prawniczej gildii), przedwojennych nauczycieli i przedwojennych działaczy przypomina ton z książek dla dzieci w rodzaju “W pustyni i w puszczy”, tym razem jednak słyszany z ust dziecka.

Takie wrażenie potęgowały dla mnie zdania z dziwnie nieprzystającymi do siebie słowami, “litanie, nowenny, pieśni maryjne, bogaty repertuar”, gdzie myślałam, jak dobrze by było, gdyby ktoś powiedział Nowakowskiemu, że to właśnie jest repertuar, czemu nikt mu nie powiedział, że to jest repertuar.

Ale nikt mu nie powiedział, a mi zostało jakies 50 stron.

Advertisements
Tags:

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: