[content goes here]

Archive for October 2014

(w oparciu o analizę treści Melomanki, Kury i Dzidki stąd)

Zespół Melomanka et al.(1) bardzo słusznie zwracają uwagę na zasadniczą dziwność postaci dziewięcioletniego Józinka w jednej z powieści MM, na przemian łącząc tę dziwność z nachalnym wyrażaniem przez Józinka dość osobliwych poglądów (pięćdziesięcioletniej, heteroseksualnej) autorki lub też przypisując ją wychowaniu chłopca w konserwatywnej rodzinie, w której przeważa pogardliwe podejście do czynności tradycyjnie uznawanych za kobiece (m.in. “gadanie”, “paplanie”, “strojenie się”, ale też czynności typowo domowe, jak sprzątanie, gotowanie, troska o zdrowie członków rodziny, troska o spożywanie przez nich właściwych posiłków) z jednoczesnym podziałem ról płciowych w obrębie rodziny według schematu nieobecny ojciec – cierpiąca, bezradna matka i sprowadzeniem aktywności kobiet poza domem do kilku podstawowych zawodów (nauczycielka, korektorka, zawody związane z teatrem i sztuką).

Myślę jednak, że dziwność Józinka można jednak bardziej produktywnie interpretować poprzez odwołanie się do teorii queer. Szereg zachowań, takich jak agresja (wobec kobiet i uznawanych za “nie dość męskich” mężczyzn), koncentrowanie się na szczegółach męskiego ciała, ale za to na szczegółach kobiecego ubioru i makijażu (można ewentualnie odwoływać się do heteroseksizmu i stereotypowego myślenia autorki, która zapewne gejów uważa za zajmujących się modą etc., tak jak czarny muzyk jest dla niej “wyluzowany” i ciągle mówi “yeah”) i nieustanna wrogość wobec kuzyna, którego cielesność, fizyczna “miękkość” i pewien androgyniczny urok wzbudzają pożądanie i idące z nim w parze obrzydzenie pożądającym, sprzeciwiającym się patriarchalnemu paradygmatowi męskości samym sobą. Fiksacja na przemocowej męskości jest dopuszczalną, w przeciwieństwie do innych, formą fascynacji homoerotycznej w obrębie heteroseksistowskiego społeczeństwa patriarchalnego, co dobrze ilustruje stosunek rodziny Józinka do jego aktów agresji wobec kuzyna (i najrozmaitszych innych osób), które nie wzbudzają niepokoju, tak jak wzbudzałoby z pewnością wyrażanie wprost fascynacji osobą delikatnego, bladego kuzyna-intelektualisty.

Interpretując zachowanie Józinka z takiej perspektywy, logiczne staje się też jego zakochanie w ciężko chorej (a więc też “innej”, “dziwacznej”, co Józinek musi wyczuwać i kojarzyć ze swoją własną alienacją) i znacznie starszej dziewczynce – idealnym, bo oddalonym i z całą pewnością niedostępnym obiektem pożądania. Maskując swoje prawdziwe pragnienia w ten sposób, Józinek może spokojnie oddawać się kontemplacji męskiej cielesności swojego kuzyna, nawet jeśli będzie to miało miejsce w tych krótkich chwilach, kiedy może go dotknąć, okładając pięściami.

***

[on a more serious note: fascynuje mnie opisywanie naukowców w prozie MM: jakby zupełnie nie wiedziała, czym się zajmują, zwłaszcza humaniści. nawet najbardziej zapóźnieni metodologicznie filologowie klasycznie nie łażą naokoło, cytując sentencje łacińskie i polecając dzieciom i wnukom czytanie Seneki – zamiast tego raczej dokonują jego, uwaga, krytycznej recepcji – na tle epoki, na tle podobnych tekstów, etc etc. w ogóle sprawa książek, które MM każe czytać swoim bohaterom i które mają z nich robić wielkich erudytów – w większości to nudna klasyka i nudny realizm z przełomu XIX/XX wieku, większość ludzi albo przeczyta do końca liceum, albo nie przeczyta wcale, bo też to nie są wcale dobre książki – i mogę się tylko ze współczuciem pochylić nad kimś, dla kogo szczytem osiągnięć literackich są Sienkiewicz, siostry Bronte (NB: czytane właśnie zupełnie dosłownie i bezkrytycznie – płakać się chce!) czy Jane Austen.]

[a te okropne fragmenty z MM to materiał na wiele tygodni prokrastynacji między książkami a ugaryckim, doskonale]

(1) Melomankę przyjęłam za główną autorkę, jako że w porządku niealfabetycznym wystąpiła na pierwszym miejscu, jeśli się mylę i tylko przez przypadek tak wyszło, to bardzo przepraszam!

Advertisements

Każda tłumaczka warta choćby dwóch groszy zdaje sobie sprawę, przynajmniej teoretycznie, z konsekwencji i możliwych nieprzewidzianych reperkusji tłumaczenia z języka, w którym jest rodzaj gramatyczny na język, w którym go nie ma (albo odwrotnie). To wszystko truizmy, ale jakoś boleśniej się je odczuwa, kiedy samemu jest się uwikłanym w sytuację, w której ujawniają się przyzwyczajenia do stereotypowego myślenia.

Casus I: rozmowa o kobiecie, o której skądinąd wiem, że jest lesbijką. Głównym źródłem jest angielski tekst. I w pewnym momencie pada “ona i jej partner”. Angielski “partner” nie ma płci (skądinąd ja, z mojej lesbijskiej perspektywy, raczej bym się zastanawiała, czemu ktoś mówi “partner”, często się zdarza, że ktoś poprzez zastosowanie neutralnego genderowo języka stara się coś ominąć czy przemilczeć – oczywiście nie zawsze, może po prostu chodzić też o kobiety niehomoseksualne, które chcą podkreślić partnerski charakter swoich relacji z mężczyznami, ale właśnie moje doświadczenie podpowiadałoby mi taką a nie inną interpretację). I oczywiście, nie chodzi o żadną złą wolę ani o nic podobnego, tylko o przyzwyczajenia, myślenie stereotypowe, w jakie wszyscy jesteśmy uwikłani, heteroseksualni czy nie, przez sam fakt wychowania się w społeczności, gdzie domyślną orientacją seksualną jest heteroseksualizm. I najlepiej chyba byłoby po prostu starać się pracować z większą uważnością i w trakcie lektury kwestionować jak najczęściej swoje “zdroworozsądkowe” czy inne obiegowe interpretacje, ale też – kto ma na to zawsze czas?

Casus II: partie dialogowe w języku, w którym po formie czasownikowej da się poznać tylko czas lub aspekt, ale nie osobę i liczbę. Mężczyzna mówi w imieniu swoim i kobiety: dla mnie naturalne w takim kontekście jest użycie formy pierwszej osoby liczby mnogiej. Ale wyobraźmy sobie tłumacza, dla którego kobiety po prostu nie zajmują się robieniem rzeczy – ktoś taki łatwo mógłby wybrać tam czasownik w pierwszej osobie liczby pojedynczej, odnoszący się tylko do mężczyzny. W mojej wersji tłumaczenia rozwija pojawia się współpraca mężczyzny i kobiety służąca realizacji wspólnego celu. W innej wersji mogłoby to być zupełnie inne zdarzenie: mężczyzna podejmujący decyzje o działaniu i stojąca biernie obok kobieta, nie podejmująca żadnych czynności i niewyrażająca swojego zdania. Teoretycznie obie wersje są poprawne, ale widać właśnie, w jaki sposób ideologia, z uwikłania w którą można często nie zdawać sobie sprawy, powoduje, że te same zdarzenia postrzegamy w zupełnie inny sposób. Postmoderniści jednak mieli rację.

Byłam jakiś czas temu mimowolną świadkinią rozmowy o feminizmie i takich tam, w której wszyscy uczestnicy i uczestniczki byli pełni dobrej woli i ogólnie młodzieńczej pasji zmieniania świata na lepsze. Z pewnym zdziwieniem zauważyłam po kwadransie, że najbardziej irytuje mnie stanowisko osoby, której wszystkie wypowiedzi zaczynały się od “kobiety są socjalizowane żeby”.

I myślę sobie teraz, że zaczynając zdania w ten sposób, bardzo łatwo wpaść w pułapkę nieodróżniania od siebie rzędów wielkości: prawda statystyczna to nie to samo co prawda indywidualna. Ogólnie widać różne tendencje i trendy, z których można wyprowadzać generalizacje, ale w rozmowie o konkretnych przypadkach nie powinny one już znajdować zastosowania. Może należy o tym myśleć w kategoriach danych i anegdot? Oczywiście, kobieta jako taka w społeczeństwie patriarchalnym ma statystycznie duże szanse, żeby być wychowana w jakiś sposób, żeby jej zachowania były średnio oceniane w jakiś określony sposób: ale kiedy mówimy o czynach i dążeniach jednostki, to już statystyka ich nie jest w stanie wyjaśnić, pojawiają się indywidualne wybory, decyzje, sprawczość i tak dalej.

Odczuwam jakieś wręcz fizyczne obrzydzenie na myśl redukowania indywidualnych przypadków-anegdot do statystyk-danych. Na pewno częściowo dlatego, że w patriarchalnej kulturze, w jakiej żyjemy, kobiety i tak często są przedstawiane jako bierne i pozbawione prawa decydowania o sobie i mocy sprawczej. Ale myślę, że też dlatego, że to takie fundamentalnie błędne, jak porównywanie bananów do pomarańcz.