[content goes here]

Archive for December 2014

(odpowiedzialność – winę – za powstanie tej notki pośrednio ponoszą jak zwykle inni, chociaż bezpośrednio kluczowa okazała się moja mania pieniackiego i nałogowego poprawiania domorosłych ekspertów od języka)

Zacznę od dwóch zastrzeżeń:

1) może się wydawać, że dopuszczenie laików do osądzania i generalizowania o języku nie stanowi takiego zagrożenia jak na przykład nie-inżyniera do budowy zbiornika retencyjnego. Uważam, że to nieprawda. Przeciętny użytkownik języka refleksje o języku ma na poziomie refleksji o naturze systemów operacyjnych u przeciętnego użytkownika Windowsa.

2) nie znaczy to oczywiście, że niespecjaliści nie powinni się wypowiadać na temat języka, którym przecież posługują się na co dzień: wierzę, że wielu z nich mogłoby podzielić się cennymi i ciekawymi uwagami odnośnie tego, czym jest język dla nich. Wiedza o funkcjonowaniu języka jako takiego, zachodzących w nim globalnych zmian i procesów, ich przyczyn i tak dalej to coś co nie jest automatycznie dostępne każdemu użytkownikowi języka tylko dlatego, że (nim) mówi.

Wielu uważa, że językoznawstwo jest nudne i niejeden filolog kończy studia z przekonaniem, że całość myśli językoznawczej zawiera się w pełnych paradygmatów podręcznikach i książkach do gramatyki historycznej. Tak jednak nie jest.

Gros procesów zachodzących w języku, takich jak zmiany diachroniczne, wśród nich zmiany semantyczne, polisemia czy zmiany związane z gramatykalizacją zostały poznane i opisane na tyle dobrze, że w wielu wypadkach można, czyniąc oczywiście niezbędne w danym przypadku zastrzeżenia, w znacznym stopniu je przewidzieć. Można by o tym pisać tak długo, podając tak wiele przykładów, że najzwyczajniej w świecie nie wiem, od czego zacząć: ale kilka najbardziej podstawowych informacji dotyczących zmian to:

– gramatykalizacja: polega na przekształcaniu jednostek znaczenionośnych w gramatykonośne, prosty przykład to czasownik pomocnicy “have” w angielskim present perfect, który stracił znaczenie związane z posiadaniem, a stał się wykładnikiem czasu present perfect (jasne, prawda?) albo czasownik pomocniczy “być” w polskim czasie przyszłym złożonym

– z różnych powodów w językach zachodzą różne zmiany fonologiczne

– zmiany zachodzące poprzez analogię: na pewno każda/każdy z was słyszał, jak ktoś mówi “poszłem” zamiast “poszedłem” – zmiana ta jest spowodowana wyrównywaniem przez analogię do regularnej formy

– i wreszcie: zamiany najczęściej i najszybciej zachodzą w jednostkach (słowach) najczęściej używanych, czego dobrą ilustracją może być na przykład wracanie pełnych rdzeni rzeczowników i przymiotników w deklinacji – w rodzaju żeńskim i w liczbie mnogiej (przykładów w różnych językach, żywych i martwych, od akadyjskiego po suahili, jest tak wiele, że nie wiem, od czego zacząć)

Wobec czego, kiedy przez notkę Ninedin trafiam na takiego zabawnego delikwenta:

Ludzi owszem, nie nauczono, bo szkoła w ogóle mało czego jest w stanie nauczyć (nie po to zresztą istnieje; polecam teksty Jacka Kobusa na ten temat). Nauczyli się natomiast sami. I akurat wymienieni wprost korwiniści nauczyli się najlepiej – odcięci na wiele lat od realnej polityki, skupili się na roztrząsaniu subtelnych problemów ekonomii i filozofii, zyskując taką wprawę w myśleniu analitycznym, że dziś typowy kuc na pierwszym roku polibudy stoi intelektualnie wyżej niż najbardziej uznani publicyści lewicowi.

(Hihihi)

Który na swoim blogu pisze że:

W rozwoju historycznym języków teoretycznie najwolniej winny zmieniać się wyrażenia najczęściej używane, najpowszechniejsze. Niewiele jest słów pospolitszych niż stało się. Skąd zatem w najnowszej polszczyźnie jego wypieranie przez zadziało się/podziało się?

W czym zawierają się następujące błędy:

1) to właśnie najczęściej używane wyrażenia zmieniają się najszybciej

2) jest dużo słów o wyższej frekwencji występowania w korpusie mówionego i pisanego języka polskiego niż “stało się” – polecam własnoręczne przeszukanie, bardzo łatwo można się przekonać, a i wyniknie z tego wiele pożytku i radości

3) wypieranie “stało się” przez “zadziało się” (nota bene: pierwsze słyszę o takim użyciu) nie stanowi zmiany czasownika “stało się”, ale jest zmianą onomazjologiczną – to jest taką, w której jakieś znaczenie zaczyna być realizowane przez inny morfem, wobec czego zastanawianie się nad frekwencją “stało się” w ogóle nie ma żadnego znaczenia

Mogę tylko mieć nadzieję, że każdy, kto radzi sobie z  tekstem nieco lepiej, niż wybitny egzegeta objawienia spisanego przez Mesjasza-Misesa zrozumie łatwo, że “zdroworozsądkowe” czy intuicyjne podejście do mechanizmów językowych naprawdę powoduje wyłącznie zamieszanie i nie wnosi żadnej dodatniej wartości poznawczej.

pomyślałam, że to zbyt piękne, żebym tylko ja przeczytała (tak, czytam o Jedwabnym Szlaku w wolnych chwilach, tak, poszłabym na trzecie studia, gdyby ktoś mi zaoferował kierunek z chińskim, perskim, ujgurskim i arabskim jednocześnie, to jest jedna z najciekawszych rzeczy świata  – również dlatego, że to jedna z niewielu nazw, przy której człowiek dowiaduje się nowych rzeczy nie o państwie/władcy/wezyrze/armii/bitwie ale o podróży – bo przecież nie ma jednego Jedwabnego Szlaku)

(z góry przepraszam za niezborności i niezgrabności w tłumaczeniu, czuję jeszcze świąteczny opór wobec poprawiania, a więc pracy)

“Religia manichejska zakazywała (…) spożywania mięsa, alkoholu i, podobnie jak w buddyzmie, kapłanom nie wolno było uprawiać ziemi, zbierać żadnych roślin ani zabijać zwierząt. Podczas gdy w buddyzmie troska o życie kończyła się na królestwie zwierząt, tak że najbardziej gorliwi mnisi zamiatali przed sobą drogę, kiedy szli, żeby uniknąć nadepnięcia na jakiegoś owada i tym samym odebrania mu życia, manichejczykom nie wolno było nawet stąpać po obsianej ziemi, żeby nie skrzywdzić roślin i tym samym zawartych w nich cząsteczek Światła: uważano nawet, że rośliny mają ich więcej niż zwierzęta, wobec czego ich przetrwanie było od przetrwania zwierząt daleko ważniejsze. Od samego chodzenia można było uszkodzić Światło znajdujące się w ziemi i dlatego najbardziej oddani wyznawcy starali się unikać nawet tego. Dla Maniego było jasne, że tylko nieliczna grupa wiernych będzie mogła przestrzegać wszystkich tak surowych reguł, dlatego podzielił ich na dwie klasy: Wybranych i Posłusznych – kler i społeczność świecką. Wybrani, dzięki swojemu przestrzeganiu zasad, stanowili ziemskich wyzwolicieli uwięzionego Światła, oczyszczając jego cząstki wewnątrz warzyw i owoców, które spożywali, i emitując je na zewnątrz za pomocą bekania (uważano, że zwłaszcza melony i ogórki zawierają wyjątkowo wysoką koncentrację cząsteczek Światła). Posłusznych zachęcano do postów, modlitw i datków na rzecz Wybranych. Zezwalano im na posiadanie własności prywatnej i małżeństwa, chociaż prokreacja nie była mile widziana; mogli również jeść mięsa, ale nie wolno im samym było plamić rąk ich krwią. Po śmierci dusze Wybranych wracały prosto do Królestwa Światła, Posłuszni zaś pozostawali na ziemi, i zbawienie mogli osiągnąć poprzez serię reinkarnacji, prowadzących do ostatniej, w ciele Wybranego.”

(Susan Whitfield, Life Along the Silk Road, tłumaczenie własne: pominęłam terminy tradycyjnie używane w akademii dla opisu manicheizmu)

Chciałabym zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

1) że jedne z podstawowych zasad postępowania, najbardziej istotnych w życiu codziennym, zakładają pośrednio istnienie współżyjącej z manichejczykami (nie twierdze absolutnie, że z założenia dobrze traktowanej) wspólnoty innowierców, potrzebnej do wykonywania pewnych prac

2) pozorną egzotykę/obcość całego opisu (która to obcość zresztą mnie oczarowała), pozorną, bo możemy na przykład napisać coś takiego:

Wyznawcy Ryby powstrzymują się od spożywania mięsa w wybrane dni tygodnia, na który rytualnie składa się siedem dni, podobnie jak w judaizmie. Podczas godzinnych obrzędów członkowie gildii religijnej, mający monopol na bezpośrednią komunikację z bóstwem, rozmawiają z jego inkarnacją w postaci zamkniętej w bogato zdobionej szkatułce abstrakcyjnej rzeźby, pozostali wierni zaś przyglądają się temu u podstawy wiodących do ołtarza schodów. Kulminacją obrzędu jest rytualne spożycie białego wafla, symbolizującego ciało bóstwa (pozostaje dyskusyjne, czy w przeszłości wyznawcy Ryby stosowali ofiary z prawdziwego ciała ludzi).

Powiedzmy, tak.

Oczywiście, książka Whitfield jest bardzo uczciwą publikacją dla początkujących niespecjalistów, takich jak ja, pozbawioną raczej elementów imperialistycznych czy neokolonialnych dyskursów (na ile mogę się zorientować, przeczytawszy 1/4 książki), wrażenie obcości powstaje w mojej głowie (naszych głowach?) samo i tylko przez brak przyzwyczajenia.

Ale musiałam chwilę pomyśleć, co by było, gdyby w Europie zamiast chrześcijaństwa zapanował manicheizm.

Od razu na wstępie zaznaczę, że nie jestem zwolenniczką jedzenia mięsa zwierząt przez zdrowych ludzi z krajów tzw. rozwiniętych, którzy nie muszą jeść mięsa, w związku z czym stają wobec prostego wyboru: czy chcą, żeby zwierzęta niewątpliwie i bezdyskusyjnie cierpiały tylko po to, żeby mogli jeść dania, które będą miały nieznacznie większą potencjalną pulę smaków? Moim zdaniem, jedyną racjonalną i etyczną odpowiedzią na to pytanie jest “nie”.

Co moim zdaniem jednak jest całkowicie błędnym rozumowaniem: wprowadzanie kategorii “empatii” i forsowanie za wszelką cenę identyczności wszystkich żywych stworzeń (zamiast na przykład podobieństwa).

Oczywiście, w roku 2014 nie ulega najmniejszej wątpliwości, że człowiek nie jest tylko człowiekiem, że nawet jako pojedyncze ciało żyje w symbiozie z tym, co nieludzkie: chociażby z bakteriami we własnych jelitach. Z drugiej strony, rozliczne znakomite publikacje opisały “ludzkie” zachowania zwierząt. Jest więc jasne, że klasyczne definicje “ludzkiego” w opozycji do “zwierzęcego” należy odpowiednio zweryfikować.

Jest też niewątpliwie prawdą, że wszyscy i wszystkie zbudowani jesteśmy z tych samych cząsteczek, które nieustannie krążą w przyrodzie, wobec czego nie da się powiedzieć, że niezrozumiałe jest jakieś na poły religijne uczucie ludzi, którzy są przekonani, że cały świat jest w jakiś sposób jednością.

Takie uczucie będzie zawsze jednak nie dla wszystkich dostępne. Podobnie jest z empatią.

Można oczywiście nalegać, że wszyscy jesteśmy równi i tacy sami, gdzie to “wszyscy” będzie obejmować także zwierzęta (rośliny, przedmioty). Istnieje jednak moim zdaniem ważna różnica między relacjami, w jakie człowiek potencjalnie może wchodzić (lub wchodzi, ale bardziej chciałabym mówić o tej dostępnej puli relacji) z innym człowiekiem i ze zwierzęciem (rośliną, przedmiotem). Nie chciałabym, żeby zostało to odebrane jako proste potwierdzenie odruchowego i “zdroworozsądkowego” twierdzenia, że ludzie są po prostu jacyś inni, raczej może jako jego przyczyna.

Moim zdaniem, nie sposób pominąć tej różnicy w dostępnej puli relacji, kiedy chce się stworzyć spójny i praktycznie możliwy system etycznego postępowania, przystający do współczesnych warunków życia człowieka (i zwierząt, i roślin, i przedmiotów, i materii). Nie wystarczy powiedzieć po prostu “jesteśmy tacy sami”.

Podobnie rzecz ma się z empatią. Różni ludzie mają różne poziomy odczuwania empatii (co może wynikać na przykład z relacji w jakie wchodzą z Innym/Tym Drugim – w opozycji do relacji, w jakie mogliby wchodzić) i różne poziomy natężenia reakcji emocjonalnych. Każda taka reakcja jest wewnątrz swojego pojedynczo-ludzkiego systemu właściwa, tworzenie więc z jednej określonej reakcji empatycznej czy emocjonalnej normy-wzoru postępowania jest w istocie opresyjne.

Krótko mówiąc: każdy ma prawo do takich emocji, jakie czuje, ale każdy powiedzieć wiedzieć lepiej.

Wydaje mi się, że dopiero teraz udaje mi się zwerbalizować (jeszcze niespójnie i niezgrabnie) niezgodę na różne rzeczy, która jakoś dręczyła mnie od jakiegoś czasu.