[content goes here]

to nie jest powieść (s-f)

Posted on: December 28, 2014

pomyślałam, że to zbyt piękne, żebym tylko ja przeczytała (tak, czytam o Jedwabnym Szlaku w wolnych chwilach, tak, poszłabym na trzecie studia, gdyby ktoś mi zaoferował kierunek z chińskim, perskim, ujgurskim i arabskim jednocześnie, to jest jedna z najciekawszych rzeczy świata  – również dlatego, że to jedna z niewielu nazw, przy której człowiek dowiaduje się nowych rzeczy nie o państwie/władcy/wezyrze/armii/bitwie ale o podróży – bo przecież nie ma jednego Jedwabnego Szlaku)

(z góry przepraszam za niezborności i niezgrabności w tłumaczeniu, czuję jeszcze świąteczny opór wobec poprawiania, a więc pracy)

“Religia manichejska zakazywała (…) spożywania mięsa, alkoholu i, podobnie jak w buddyzmie, kapłanom nie wolno było uprawiać ziemi, zbierać żadnych roślin ani zabijać zwierząt. Podczas gdy w buddyzmie troska o życie kończyła się na królestwie zwierząt, tak że najbardziej gorliwi mnisi zamiatali przed sobą drogę, kiedy szli, żeby uniknąć nadepnięcia na jakiegoś owada i tym samym odebrania mu życia, manichejczykom nie wolno było nawet stąpać po obsianej ziemi, żeby nie skrzywdzić roślin i tym samym zawartych w nich cząsteczek Światła: uważano nawet, że rośliny mają ich więcej niż zwierzęta, wobec czego ich przetrwanie było od przetrwania zwierząt daleko ważniejsze. Od samego chodzenia można było uszkodzić Światło znajdujące się w ziemi i dlatego najbardziej oddani wyznawcy starali się unikać nawet tego. Dla Maniego było jasne, że tylko nieliczna grupa wiernych będzie mogła przestrzegać wszystkich tak surowych reguł, dlatego podzielił ich na dwie klasy: Wybranych i Posłusznych – kler i społeczność świecką. Wybrani, dzięki swojemu przestrzeganiu zasad, stanowili ziemskich wyzwolicieli uwięzionego Światła, oczyszczając jego cząstki wewnątrz warzyw i owoców, które spożywali, i emitując je na zewnątrz za pomocą bekania (uważano, że zwłaszcza melony i ogórki zawierają wyjątkowo wysoką koncentrację cząsteczek Światła). Posłusznych zachęcano do postów, modlitw i datków na rzecz Wybranych. Zezwalano im na posiadanie własności prywatnej i małżeństwa, chociaż prokreacja nie była mile widziana; mogli również jeść mięsa, ale nie wolno im samym było plamić rąk ich krwią. Po śmierci dusze Wybranych wracały prosto do Królestwa Światła, Posłuszni zaś pozostawali na ziemi, i zbawienie mogli osiągnąć poprzez serię reinkarnacji, prowadzących do ostatniej, w ciele Wybranego.”

(Susan Whitfield, Life Along the Silk Road, tłumaczenie własne: pominęłam terminy tradycyjnie używane w akademii dla opisu manicheizmu)

Chciałabym zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

1) że jedne z podstawowych zasad postępowania, najbardziej istotnych w życiu codziennym, zakładają pośrednio istnienie współżyjącej z manichejczykami (nie twierdze absolutnie, że z założenia dobrze traktowanej) wspólnoty innowierców, potrzebnej do wykonywania pewnych prac

2) pozorną egzotykę/obcość całego opisu (która to obcość zresztą mnie oczarowała), pozorną, bo możemy na przykład napisać coś takiego:

Wyznawcy Ryby powstrzymują się od spożywania mięsa w wybrane dni tygodnia, na który rytualnie składa się siedem dni, podobnie jak w judaizmie. Podczas godzinnych obrzędów członkowie gildii religijnej, mający monopol na bezpośrednią komunikację z bóstwem, rozmawiają z jego inkarnacją w postaci zamkniętej w bogato zdobionej szkatułce abstrakcyjnej rzeźby, pozostali wierni zaś przyglądają się temu u podstawy wiodących do ołtarza schodów. Kulminacją obrzędu jest rytualne spożycie białego wafla, symbolizującego ciało bóstwa (pozostaje dyskusyjne, czy w przeszłości wyznawcy Ryby stosowali ofiary z prawdziwego ciała ludzi).

Powiedzmy, tak.

Oczywiście, książka Whitfield jest bardzo uczciwą publikacją dla początkujących niespecjalistów, takich jak ja, pozbawioną raczej elementów imperialistycznych czy neokolonialnych dyskursów (na ile mogę się zorientować, przeczytawszy 1/4 książki), wrażenie obcości powstaje w mojej głowie (naszych głowach?) samo i tylko przez brak przyzwyczajenia.

Ale musiałam chwilę pomyśleć, co by było, gdyby w Europie zamiast chrześcijaństwa zapanował manicheizm.

Advertisements

5 Responses to "to nie jest powieść (s-f)"

I jeszcze z sogdyjskim i tocharskim.

tak!
ale do sogdianskiego wlasnie pozyskalam pokatnymi zrodlami podrecznik, przez potrzeba zrobila sie jakos mniej palaca ^^;

Ha. Mnie się też marzyło kiedyś, acz podchodziłam od innej językowo strony: fascynują mnie pogranicza grecko-niegreckie w hellenizmie, a tam jest chyba to najciekawsze i najbardziej fascynujące.

tak! to tez jest cudowne i absolutnie zzera mnie ciekawosc, zeby przeczytac jak najwiecej!

[…] Ponownie, fragment książki Whitfield, którą tymczasem skończyłam. […]

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: