[content goes here]

Archive for January 2015

Wyszła LnŚ z moim ulubionym polskim pisarzem, więc oczywiście poszłam do księgarni: było warto. Nie tylko ze względu na nowe i nieznane fragmenty, ale także dlatego że dostarczono nam takiego oto wglądu bezpośredniego w arystokratyczną Duszę:

“…doświadczenie bowiem uczy, że chłopi polscy nie robili nic, jeśli ich nie przymuszano do pracy, niepomni przyszłego niedostatku, jak dzicy z Karaibów, co rano sprzedają hamak, a wieczorem płaczą, że nie mają na czym spać. Oto jak mógłby przemówić dziedzic ziemski do swoich chłopów, a jeśli byłby on dla nich nie do pojęcia, niechaj zachowa te myśli dla siebie i niech mu się staną prawidłem postępowania:

– Moi przyjaciele! Ziemia, na której mieszkacie, nie jest waszą; z pewnością jest ona moja, gdyż prawa nasze polityczne stanowią, że tylko szlachta posiadać ją może. Warunki, pod którymi pozwalam wam mieszkać na niej, są takie: trzy dni w tygodniu będziecie pracować dla mnie, drugie zaś trzy przymuszę was, żebyście pracowali dla siebie. Niczym niezbite prawa natury dały wam własność waszej osoby, jeżeli więc te warunki wam nie odpowiadają, możecie pójść, gdzie wam się podoba, sprzedawszy wprzód, jeśli to wam dogadza, waszą chałupę i wasze rolnicze narzędzia.

(…) Może niektórzy z tych kmiotków, przemyślniejsi, udaliby się do miasteczek i powiększyli liczbę mieszczan; odejścia te przyniosłyby nawet korzyść panom ziemskim, egzystencja bowiem trzeciego stanu, który konsumuje, lecz nie uprawia, zyskowną powinna być dla rolników, którzy więcej wyrabiają, niż spożyć mogą.” (Podróż do Holandii podczas rewolucji w roku 1787, Jan Potocki, przeł. Maryna Ochab za Niemcewiczem)

Załóżcie własną firmę?

 

[bardzo podobny sposób opisywania podbitych i eksploatowanych okrutnie kolonii pojawia się w prawie wszystkich tekstach powstałych później w wieku XIX, często zapomina się jednak, że tak samo wyrażano się o europejskich chłopach]

Wczoraj dokonałam jeszcze jednego spontanicznego zakupu (wszystko zaczyna się układać w logiczną całość) i chyba też będę strasznie niezadowolona. “Darwinowskie paradygmaty” Dominiki Oramus (nie znam autorki, zobaczyłam Darwina i ręka sama się wyciągnęła, chyba po prostu syndrom odstawienia, ostatnią książkę kupiłam 7 stycznia) na pierwszych stronach zawierają dwie rzeczy, których nie znoszę w humanistyce.

zredukuj i zniszcz

“To Newton udowodnił, że za pomocą matematycznego i logicznego wnioskowania można stworzyć obiektywną wiedzę. W młodości konstruował zegary, co symbolicznie pokazuje jego zamiłowanie do ładu, porządku i regularności.” (s. 13)

Czy na pewno konstruowanie zegarów “symbolicznie pokazuje jego zamiłowanie do ładu, porządku i regularności”?  Skąd to wiemy? Czy budowanie zegarów nie może świadczyć np. o tym, że ktoś (Newton) lubi patrzeć, jak jedna część porusza się dzięki sprężynie, wprawiając w ruch następną część, która znowu wprawia w ruch następną część, aż otrzymujemy sprawnie działający mechanizm zegara? Albo ktoś może chcieć budować zegary dla samej przyjemności zrobienia czegoś własnymi rękami, czegoś, co potem tik-tak, tik-tak, miarowo i równo pozostawia na materii czasu ślady tych własnych rąk? A co jeśli ktoś jest po prostu ciekawy i sprawdza schematy i rysunki, a potem nie może się oprzeć pragnieniu zobaczenia tego schematu w trzech wymiarach i w ruchu?

Skąd ta gotowość redukowania jakiegoś faktu (budowanie zegarów) do jednego (nudnego, trywialnego) symbolu?

Oczywiście, to na pewno trochę czepialstwo, ale z drugiej strony, jak będą zredukowane i zniszczone inne rzeczy w tej książce? Jeden taki akt zniszczenia budzi we mnie pewne oczekiwania.

przede wszystkim cytuj

“Formułowanie hipotez i teorii na temat świata to wrodzona własność ludzi; już małe dzieci znajdują upodobanie w prawidłowościach i ładzie – lubią naśladować i wiele razy słuchać tych samych, dokładnie powtarzanych opowieści. Zdaniem Karla Poppera są to zachowania i upodobania instynktowne, odzwierciedlające podstawowe mechanizmy uczenia się: przez dokonywanie odkryć (tworzenie teorii na podstawie obserwacji, przewidywanie przyszłości, oczekiwanie powtarzalnego zachowania, dalsze obserwacje i eliminowanie błędów z teorii), przez naśladownictwo i przez wielokrotne powtarzanie(7).” (s. 13-14)

Czy naprawdę jest konieczne cytowanie Poppera, żeby udowodnić, że dzieci są ciekawe?

Z drugiej strony, jeśli chcemy coś powiedzieć o instynktownych zachowaniach człowieka i sposobie uczenia się dzieci, to czy na pewno instancją, do której należy się odwołać, jest właśnie Popper a nie jakiś bardziej współczesny psycholog rozwoju albo kognitywistka?

Ale zyskaliśmy, co prawda bezsensowny (proszę mnie przekonać, że jest inaczej), cytat i przypis; wyglądamy mądrzej i bardziej profesjonalnie, nauka została uczyniona, można odpocząć.

Co do następnych stron, jestem pełna najgorszych przeczuć. Nigdy więcej nie kupię książki bez sprawdzenia życiorysu autora/autorki do trzech pokoleń i siedmiu inspiracji metodologicznych wstecz, przysięgam.

 

 

Przechodziłam obok księgarni, gdzie niewielki ale strategicznie wyeksponowany napis głosił “Wydawnictwo Czarne -25% 31 stycznia!”, więc weszłam do środka i co prawda 31 stycznia nie był dzisiaj, ale kupiłam “Zapomniane słowa” i po wstępnej lekturze pierwszych circa 60 stron jeszcze w autobusie (kiedy nie kursują E, muszę się przesiadać, to kupa czasu), muszę uznać, że będzie to moje największe rozczarowanie czytelnicze roku 2015.

Dlaczego już w styczniu mogę to powiedzieć? Bo zazwyczaj czytam bardzo ostrożnie i tylko to, co wiem, że będzie dobre, a jeśli nie dobre, to na tyle pożyteczne czy potrzebne, że warto przecierpieć, a tym razem było tak: jakiś miesiąc temu minęłam się w tej samej księgarni z kobietą, która szukała tej właśnie książki, zapamiętałam tytuł i wydawnictwo i pomyślałam, tak, to może być dobra książka, więc kiedy dzisiaj leżała, wyzywająco i przy tym tuż obok moich rąk, nie przeglądając jej nawet, po prostu poszłam do kasy.

A wystarczyłoby rzucić okiem na te rzekomo zapomniane słowa albo na nazwiska, żeby wiedzieć, albo przynajmniej domyślać się, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Ale przeczytam to do końca, i tak niewiele czytam po polsku, sporo z nazwisk autorów nic mi nie mówi, a z jakąś częścią nazwisk nie mam żadnych dobrych skojarzeń.

W każdym razie, na wysokości strony sześćdziesiątej, wydaje mi się, mogę śmiało powiedzieć: to jest kiepska książka, słowa wcale nie są zapomniane (z niewielkimi wyjątkami), artykuły zazwyczaj mają poziom popularnonaukowych tekstów z “Polityki”, więc jeśli komuś odpowiada takie pisanie, to będzie przeszczęśliwy; mnie po prostu nie.

W kolejności alfabetycznej!

Krzysztof Czyżewski, ancymonki – jak te wspomnienia praczki, które wczoraj przeczytałam w “Metrze”, przy czym wspomnienia praczki były znacznie ciekawsze

Michał Ogórek, archaizm – smętne narzekania starego (duchem) człowieka na upadek obyczajów, zły stan pamięci współczesnej młodzieży, etc., nudne mamlanie o polityce, co to w ogóle jest? Brrr

Ziemowit Szczerek, awanturnik – trochę znany mi skądś styl i cały czas miałam wrażenie, że już to gdzieś czytałam, ale w sumie OK

Ernest Bryll, azali, atoli, aliści – na początku moment lęku, czy aby nie będzie to obrzydliwa zachęta do mówienia aliści, ale okazało się, że przyjemna historyjka o języku miejscowym i własnym

Zbigniew Mentzel, bakelit – drażni wielokrotnie powtarzane słowo Murzyn, które dominuje całą opowieść, poza tym słowem nic z niej nie pamiętam

Stanisław Bereś, beresić – pierwsze słowo, którego naprawdę nie znałam, bardzo dobrze, pomyślałam sobie, ale wkrótce okazało się, że nie, że źle. Bereś pisze w taki popękany sposób, którego nie umiem dobrze opisać, ale który powoduje u czytelniczki dziwne wrażenie rozdwojenia: raz ekscentryczności krewnych są opisane faktycznie jak w jakiejś Historii i jest dość zabawnie i w porządku; potem znowu wcina się dziwny realizm, tak że brzmią już tylko przerażająco i abnormalnie i czytelniczka nie raz, nie dwa pomyślała sobie, a gdzie była opieka społeczna? Ale może to tylko ja (chociaż nie sądzę)

Bohdan Zadura, bonie dydy – tutaj znowu słowo “cycki” zdominowało całą opowieść, powtórzone tak wiele razy, że nic innego nie zdołałam zapamiętać

Joanna Szczepkowska, bonie dydy – było tak źle, że po przeczytaniu Szczepkowskiej pomyślałam sobie, że to chyba będzie najlepszy tekst w całej antologii. Nie był, ale na pewno był najlepszy do tego momentu

Karol Modzelewski, braterstwo – 100% felietonu do “Polityki”, gdybym znowu była licealistką, pewnie by mi się podobało

Leszek Szaruga, buchadło – prawie ładne

Ewa Kuryluk, bumelant – OK

Jacek Kleyff, buzdygan – nie wiem, silne wrażenie anegdotki wujaszka przy obiedzie niedzielnym; może za bardzo nie znoszę wujaszków przy obiadach niedzielnych i nie umiem docenić

Sylwia Chutnik, charakterność – chciałam lubić, ale nie mogę, nic w tym nie ma

Magdalena Środa, cnota – Środa pisze chyba za dużo felietonów, żeby móc napisać dobrze cokolwiek innego, nie wiem, czy to szkoda czy nie

Małgorzata Szejnert, czuczeło – bardzo, bardzo ładne i słowo czuczeło też ładne i z pewnością dokonam czynnego wysiłku, żeby przemycić je do codziennej konwersacji (“Gdzie jest ta figurka Gudei?”, “Która, ta siedząca?”, “No ten falsyfikat, gdzie wygląda jak czuczeło”)

Katarzyna Kłosińska, dezabil – ludzie, którzy narzekają na upadek obyczajów i współczesną młodzież, zasługują wyłącznie na pogardliwe prychnięcie

Filip Springer, dukt – bardzo ładne, czytałabym więcej

Magdalena Grochowska, dusza – to mnie z kolei strasznie rozbawiło, zapewne niezgodnie z zamierzeniem autorki. Chciałabym napisać czemu, ale brakuje mi dobrego określenia na alarmistyczno-sensacjonalistyczne biadanie nad upadkiem współczesnej młodzieży i powszechne odczłowieczenie (słowo którego nie ma, rozseksualizowanie, samo się prosiło, żeby zostać dopisane, ale nie, nie tu jego miejsce, na razie)

Wojciech Młynarski, facecjonista – pogardliwe prychnięcie numer III

Angelika Kuźniak, flota – bardzo ładne, w ogóle lubię słowo flota i sama trochę żałuję, że się go już zbytnio nie używa, może jakieś hipstery podchwycą

Hanna Samson, garsoniera – ładne, może być

Andrzej Stasiuk, gumno – ładne słowo, ładny tekst

Joanna Bator, gwiazdopatrznia – nic ciekawego, typowe nudy, myślałam sobie, aż dotarłam do zdania z Japończykami jak kwiat do kożucha: “W gwiazdopatrzni doznajemy uczucia słodko-gorzkiej melancholii wobec piękna i jego nieuchronnego przemijania, niczym Japończycy, znający się na tym jak nikt inny, podczas tsukimi, kontemplacji Księżyca”. Haha, haha, haha, trzy metry bieżące pogardy, jak dorosła, szczepiona kobieta może napisać coś takiego, no jak? (W pierogarni doznajemy uczucia słodko-słoninnej melancholii wobec skwarek i ich nieuchronnego przemijania, niczym Polacy, znający się na pierogach z kapustą i grzybami jak nikt inny, podczas Wigilii, kontemplacji narodzin Zbawiciela)

Marek Zaleski, harmider – czuję, że ten tekst jest pełen kłamstw. Harmiderowi daleko do zapomnienia i martwoty, każdy, kto czytał o palcie Inki, doskonale pamięta słowa na h: hur, harmider, hałas, cały zestaw razem

I resztę też na pewno złośliwie (albo nie, ale bądźmy szczerzy) skomentuję, jak skończę, a skończę, bo strasznie jestem zła, że w ogóle zaczęłam to czytać.

 

 

plusy

Przeczytałam (tak, dopiero teraz) artykuł Bruno Latoura Why Has Critique Run out of Steam? From
Matters of Fact to Matters of Concern i z jednej strony, o ile dobrze zrozumiałam, a to zawsze wątpliwość, jaka pozostaje mi po czytaniu, to czuję, że wiele zyskałam.

Z drugiej strony, styl pisania Latoura jest okropny, okropny, straszny i potworny a jego angielski (angielski jego tłumacza/tłumaczki?) straszliwie niezborny. Z chęcią usiadłabym do tego tekstu i skreślała, skreślała i skreślała, bo wszystkie te napuszone metafory, dziwaczne porównania zwyczajnie nie pasują do treści, nie pasują do formy, w ogóle nie pasują (pomyślałam jeszcze teraz przez chwilę, że może tym niepasowaniem mają wzbudzać niepokój i zmuszać do myślenia, ale wydaje mi się, że jednak nie; mnie w każdym razie wyłącznie irytują).

Mnóstwo mam takich tekstów filozoficznych (etc.), które inni przeczytali już dawno, a ja właśnie czytam albo przeczytałam przed chwilą. Wcześniej czytałam je, bo musiałam, bo przecież Trzeba Wiedzieć, ale od jakiegoś pół roku (na pewno nie dłużej) robię to z prawdziwą przyjemnością. Jeśli macie coś fajnego do polecenia, to zapraszam, zapraszam, pewnie przeczytam (chyba że Carla Schmitta, wtedy raczej nie).

minusy

Niedawno ukazało się półtora mojego tekstu pod nazwiskiem. Było to straszne i traumatyczne, i przesadzam tylko trochę. Jeszcze wczoraj śniło mi się, że jeden tekst poprawiałam i nie mogłam poprawić, nie mogłam, aż w końcu przychodziła redaktorka albo korektorka i łagodnie zabierała mi go z rąk. Niepokój wzbudza też, że teraz jacyś ludzie gdzieś tam widzą moje nazwisko i wiedzą, że istnieję, a to straszne (zupełnie inaczej wiedzą, niż gdyby znali tylko pseudonim).

Nigdy w życiu nie będę nic pisać pod nazwiskiem. Nie rozumiem też ludzi, którzy sami, z własnej woli chcą być znani: przecież to okropne uczucie, kiedy dużo ludzi na raz wie, że istniejesz, a pseudonimy nie zostały wynalezione bez powodu.

No i oczywiście, cały czas mam (neurotyczne, obsesyjno-kompulsywne) wrażenie, że przecież mogłam to zrobić lepiej, czemu nie jest lepiej? I żal mi tylko nieszczęśników i nieszczęśniczek, którzy skazani na bycie moimi przyjaciółmi, przyjaciółkami i znajomymi muszą słuchać takiego mamlania, ale tak to już jest. Przyjaciół sobie nie wybieramy, to oni (ja) wybierają nas.

makówki

Męcząc się straszliwie na nudnym wykładzie, mazałam po notatniczku, aż zaczęłam rysować makówki (zazwyczaj poruszam się raczej w obszarze buba niż kiki) i przypomniało mi się: kiedy byłam mała, jeździliśmy do babci do małego miasteczka między Rzeszowem a Lublinem. Babcia miała działkę i chodziło się do babci na działkę, bawić się motyką i grzebać w grządkach w poszukiwaniu maleńkich marchewek. Wszędzie rosły kwiaty, mnóstwo takich, które nie pamiętam jak się nazywały, ale na pewno łubiny, aksamitki, lwie paszcze i maki. Jeśli akurat trafiło się na sierpień, maki zazwyczaj zmieniały się już makówki i wtedy zrywałam je i zgniatałam w rękach, żeby mak się rozsypał naokoło, żeby w przyszłym roku wyrosło więcej maków. I odkąd babcia zachorowała i umarła, nie miałam więcej w ręku makówki, i słuchając tego nudnego wykładu, zdałam sobie sprawę, że trochę mi z tym źle. Tak bez powodu.

 

Fizjognomika jest źródłem najsubtelniejszych i najwznioślejszych doznań; nowym okiem, dzięki któremu dostrzec można tysiączne przejawy boskiej mądrości i dobroci. Fizjognomika zbliża serca, ona jedna ugruntowuje najtrwalsze, najbardziej boskie przyjaźnie. Najbardziej niezachwianym fundamentem, niewzruszoną skałą, na jakiej może opierać się przyjaźń, jest wypukłość czoła, grzbiet nosa, zarys ust, błysk oka!

(J.C. Lavater, Physiognomische Fragmente zur Befoerderung der Menschenkenntnis und Menschenliebe. Eine Auswahl, 1984, w tłumaczeniu Małgorzaty Łukasiewicz, w: Dziwna rzecz pisanie)

Siedzę zła, znudzona i chora, więc mam czas czytać różne rzeczy o polityce, na które normalnie nawet nie patrzę i słusznie, słusznie, bo znowu jestem rozczarowana.

Towarzysze i towarzyszki powtarzają apokaliptyczne (w tym kraju wszystko jest pod przemożnym wpływem Biblii, nawet komuniści) przepowiednie o tym, że miejscowi (czyli polscy albo prawdziwiepolscy) fundamentaliści religijni tylko czekają, aż ktoś im da broń, żeby strzelać do lewagów.

Nonsens, nonsens, nonsens. Po co mieliby strzelać? Wystarczy zrobić małą awanturkę, a już prezes korporacji, która pokazała niewiernych w miejscu publicznym, przybiegnie z przeprosinami. Po co strzelać, kiedy są paragrafy o obrazie uczuć religijnych, prężne i giętkie. Po co strzelać, skoro dotację można odebrać, lokal przyznać komu innemu, czynsz podwyższyć, grant zlikwidować a protestami smutnych ludzi, którzy nie wiedzą nawet zbyt dobrze, co się dzieje, ale wiedzą, że ktoś gdzieś obraża ich wszechmogące i wszechwiedzące bóstwo, co wymaga natychmiastowej reakcji, zanim bóstwo się dowie i coś zrobi, na przykład wycofa swoje łaski i fawory, i w gniewie ześle zarazę na wszystkich pierworodnych kraju Micri, a więc protestami tych ludzi załatwić wszystko inne – zdusić, stłamsić, zbojkotować, dopóki miasto nie wymówi lokalu a wojewoda nie skieruje karcącego pisma do galerii sztuki czy małego teatru, Trybunał Konstytucyjny nie potwierdzi w wyroku odpowiednich przywilejów a kolejne ministerstwo nie przeznaczy parzystej liczby milionów na Centrum Myśli im. Syllabus Errorum; po co więc strzelać?

Oczywiście, nikt tu nie będzie strzelać.

inne

Nameste napisał odpowiedź na mój post o czytaniu, szczerze powiedziawszy, znacznie mądrzejszą, niż zasługuje, dlatego zachęcam do przeczytania.

Poza tym, o czym chciałam napisać od kilku dni, ale nie było okazji, Ninedin obiecała pisać o “Romansie o Aleksandrze”, którego jestem wielbicielką (jeśli ktoś nie wie, co to takiego, to Ninedin przygotowała poręczny i przyjemny w lekturze post wstępny) tutaj:  bardzo zachęcam do lektury, bo nawet moja nikła wiedza pozwala mi przewidzieć, że będzie wiele dobrych rzeczy.

Po trzecie, ponieważ wcześniej wytropiłam zalinkowany przez Nameste artykuł Barbary Kopeć-Umiastowskiej o tłumaczeniu Dehnela (ale też o tłumaczeniu w ogóle, pal diabli Dehnela, naprawdę warto przeczytać, sama dużo się z niego nauczyłam, tak sądzę, mam nadzieję), jak tylko ukazała się rozmowa z wyżej wymienioną w Dwutygodniku, natychmiast kliknęłam i nie zawiodłam się, Barbara Kopeć-Umiastowska jest mądra i wspaniała, chce nią być, jak dorosnę.

tradycyjna medycyna chińska

Ponownie, fragment książki Whitfield, którą tymczasem skończyłam.

“Chińskie lekarstwo na opętanie przez demona składało się ze sproszkowanego cynobru i realgaru, prażonych nasion croton tiglium, korzenia ciemiernika i tojadu, arsenopirytu, wypalanego przez jeden dzień w ziemnej jamie i gotowanej stonogi z wyrwanymi odnóżami (mogło to zająć trochę czasu). Otrzymaną w ten sposób miksturę przesiewano przez sito i mieszano z miodem, formując niewielkie pigułki. Pacjentowi zalecano przyjmowanie jednej pastylki dziennie i dodatkowej o północy, jeśli objawy nie ustępowały; a także powstrzymywanie się od spożywania ‘wieprzowiny, świeżego krwistego mięsa i picia zimnej wody’ w trakcie kuracji.” (s. 115)

Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, jaka dawka na zawsze wyleczyłaby pacjenta z koszmarów (może o to chodzi?), odbierając mu jednocześnie życie, ale cynober to siarczek rtęci, realgar i arsenopiryt to jakieś siarczki arsenu, tojad jest trujący, a croton tiglium (niestety nie mam pod ręką porządnego atlasu roślin, może to się jakoś tłumaczy na polski) ma silne właściwości przeczyszczające. Może Sporothrix będzie wiedzieć? Zaraz chyba zapytam.

(To nie jest oczywiście taka tradycyjna medycyna chińska, jaką wymyślono na początku XX wieku i jaką obecnie obrotni znachorzy sprzedają naiwnym ofiarom: ale korzenie obu są te same, zachęcam do cichej refleksji nad niebezpieczeństwem)