[content goes here]

plusy, minusy, makówki

Posted on: January 23, 2015

plusy

Przeczytałam (tak, dopiero teraz) artykuł Bruno Latoura Why Has Critique Run out of Steam? From
Matters of Fact to Matters of Concern i z jednej strony, o ile dobrze zrozumiałam, a to zawsze wątpliwość, jaka pozostaje mi po czytaniu, to czuję, że wiele zyskałam.

Z drugiej strony, styl pisania Latoura jest okropny, okropny, straszny i potworny a jego angielski (angielski jego tłumacza/tłumaczki?) straszliwie niezborny. Z chęcią usiadłabym do tego tekstu i skreślała, skreślała i skreślała, bo wszystkie te napuszone metafory, dziwaczne porównania zwyczajnie nie pasują do treści, nie pasują do formy, w ogóle nie pasują (pomyślałam jeszcze teraz przez chwilę, że może tym niepasowaniem mają wzbudzać niepokój i zmuszać do myślenia, ale wydaje mi się, że jednak nie; mnie w każdym razie wyłącznie irytują).

Mnóstwo mam takich tekstów filozoficznych (etc.), które inni przeczytali już dawno, a ja właśnie czytam albo przeczytałam przed chwilą. Wcześniej czytałam je, bo musiałam, bo przecież Trzeba Wiedzieć, ale od jakiegoś pół roku (na pewno nie dłużej) robię to z prawdziwą przyjemnością. Jeśli macie coś fajnego do polecenia, to zapraszam, zapraszam, pewnie przeczytam (chyba że Carla Schmitta, wtedy raczej nie).

minusy

Niedawno ukazało się półtora mojego tekstu pod nazwiskiem. Było to straszne i traumatyczne, i przesadzam tylko trochę. Jeszcze wczoraj śniło mi się, że jeden tekst poprawiałam i nie mogłam poprawić, nie mogłam, aż w końcu przychodziła redaktorka albo korektorka i łagodnie zabierała mi go z rąk. Niepokój wzbudza też, że teraz jacyś ludzie gdzieś tam widzą moje nazwisko i wiedzą, że istnieję, a to straszne (zupełnie inaczej wiedzą, niż gdyby znali tylko pseudonim).

Nigdy w życiu nie będę nic pisać pod nazwiskiem. Nie rozumiem też ludzi, którzy sami, z własnej woli chcą być znani: przecież to okropne uczucie, kiedy dużo ludzi na raz wie, że istniejesz, a pseudonimy nie zostały wynalezione bez powodu.

No i oczywiście, cały czas mam (neurotyczne, obsesyjno-kompulsywne) wrażenie, że przecież mogłam to zrobić lepiej, czemu nie jest lepiej? I żal mi tylko nieszczęśników i nieszczęśniczek, którzy skazani na bycie moimi przyjaciółmi, przyjaciółkami i znajomymi muszą słuchać takiego mamlania, ale tak to już jest. Przyjaciół sobie nie wybieramy, to oni (ja) wybierają nas.

makówki

Męcząc się straszliwie na nudnym wykładzie, mazałam po notatniczku, aż zaczęłam rysować makówki (zazwyczaj poruszam się raczej w obszarze buba niż kiki) i przypomniało mi się: kiedy byłam mała, jeździliśmy do babci do małego miasteczka między Rzeszowem a Lublinem. Babcia miała działkę i chodziło się do babci na działkę, bawić się motyką i grzebać w grządkach w poszukiwaniu maleńkich marchewek. Wszędzie rosły kwiaty, mnóstwo takich, które nie pamiętam jak się nazywały, ale na pewno łubiny, aksamitki, lwie paszcze i maki. Jeśli akurat trafiło się na sierpień, maki zazwyczaj zmieniały się już makówki i wtedy zrywałam je i zgniatałam w rękach, żeby mak się rozsypał naokoło, żeby w przyszłym roku wyrosło więcej maków. I odkąd babcia zachorowała i umarła, nie miałam więcej w ręku makówki, i słuchając tego nudnego wykładu, zdałam sobie sprawę, że trochę mi z tym źle. Tak bez powodu.

 

Advertisements

2 Responses to "plusy, minusy, makówki"

Miasteczko między Lublinem a Rzeszowem? To tak jakbyś napisała, że Salisbury znajduje się między Southampton a Cardiff ^_^

Ad minusy: doskonale rozumiem, ze zdjęciami mam tak samo

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: