[content goes here]

Archive for April 2015

Kilka dni temu w, hm, prywatnej rozmowie usłyszałam coś takiego, że poczułam imperatyw poprawiania Ludzi, Którzy Błądzą pierwszy raz od kilku lat.

Młody, niesympatyczny chłopiec (pozdrawiam chłodno!), hm, prywatnie jest podobno specjalistą od logiki czy innej filozofii a rozmowa toczyła się w szerokim temacie feminizmu/Sokala/naukowych metafor/czemu różniczkowanie jest niezbędne do nawet powierzchownego zrozumienia fizyki/posthumanizmu/fizyki kwantowej i tak dalej. Żaden z interlokutorów nie był, o ile dobrze pamiętam, fizyczką ani językoznawcą.

Młody, nieprzyjemny chłopiec od logiki czy innej filozofii (dalej MNCh) autorytatywnie stwierdził, że nie można w ogóle i nigdy do obrazowania pojęć filozoficznych tworzyć metafor opartych na złożonych teoriach naukowych, ponieważ metafory są tworzone poprzez przenoszenie koncepcji i cech z domen bardziej namacalnych i konkretnych na domeny bardziej abstrakcyjne.

Po pierwsze, to nie jest do końca prawda.

Po drugie, w językoznawstwie kognitywnym (ale i szerzej, to aktualny konsensus naukowy), gdzie na podstawie wyjściowej teorii o metaforach Lakoffa i Johnsona (Metaphors we Live By, polskie wydanie: “Metafory w naszym życiu”) utworzono wiele teorii różniących się w szczegółach dotyczących prymatu metonimii nad metaforą, istnienia amalgamacji/amalgamatów (blends), faktycznie w dużym uproszczeniu tak właśnie wygląda wyjaśnienie powstawania metafor, ale w JĘZYKU NATURALNYM.

Co to oznacza w praktyce? Po prostu tyle, że teorie o metaforach wywodzące się z Lakoffa i Johnsona nie zajmują się metaforami poetyckimi i literackimi, które nie muszą mieć nic wspólnego z metaforami, jakich używamy na co dzień albo mogą je w sprytny sposób modyfikować, parodiować, wywracać na nice, rozwijać i tak dalej.

Metaforą taką, jak opisują Lakoff i Johnson będzie na przykład SPÓR TO WOJNA, gdzie z bardziej konkretnej domeny WOJNY zaczerpniemy koncepcje pomagające nam zrozumieć bardziej abstrakcyjną domenę SPORU i powiemy “wytoczyła przeciw niemu najcięższe argumenty” (od wytaczania dział, prawda?). Inne metafory tego rodzaju to na przykład SERCE TO POJEMNIK albo GNIEW TO EKSPLOZJA (odpowiednio: jej serce wypełniło się smutkiem; myślał, że wybuchnie) i wiele, wiele innych.

Jeśli jednak jakiś literat postanowi rozwinąć metaforę SPÓR TO WOJNA, dodając szczegółowe porównania poszczególnych argumentów do granatów, napalmu i min przeciwpiechotnych, to nie będzie już taka metafora, jaką opisują Lakoff i Johnson. Co znaczy, że będzie motywowana w inny sposób (najprościej rzecz ujmując, literat napisze to, co wyda mu się zabawne albo pomysłowe, albo mądre, co jednak w przypadku takiej i w ten sposób rozwiniętej metafory byłoby mniej prawdopodobne). Co, wreszcie, znaczy, że wywód Lakoffa i Johnsona o konkretnych i abstrakcyjnych domenach znaczeniowych zupełnie nie ma tu zastosowania.

Wyjaśnienia filozoficzne należą właśnie do takich literackich metafor, w związku z czym wszystko, co o nich powiedział MNCh nie miało związku z meritum.

QED.

Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje, dlaczego niektórzy ludzie czują, że muszą znać się na wszystkim (ja nie muszę: od bardzo dawna nie pamiętam nawet, czym było różniczkowanie).

Z reguły (podkreślam, z reguły) nie czytam fantasy, bo to nieodmiennie ta sama nudna sztampa: kiepskie żarty, krasnoludy, elfy, pseudośredniowieczna onomastyka o różnym stopniu pseudośredniowieczności, anglosaski sztafaż, czary, brodaci czarodzieje, głupie zaklęcia, epigoni Tolkiena i generalnie nic oryginalnego co najmniej od 1950 roku. 1950 roku przed naszą erą. Oczywiście, czasem trafi się coś naprawdę uroczego, niekoniecznie nawet ze względu na samą oryginalność pomysłu, ale na przykład dzięki dobremu wykonaniu, fortunnemu zestawieniu elementów i wysokiemu stopniowi aluzyjności (pisząc to wyliczenie miałam na myśli konkretnie Susannę Clarke). A niektóre rzeczy są po prostu piękne (Lud-in-the-Mist Hope Mirrlees). Inni autorzy potrafią zdobyć się na wybitne, piękne momenty opisu samej obcości, które jednak nie trwają dłużej niż chwilę (C.S. Lewis). Czasem z kolei ciekawość prowadzi mnie na manowce: i tak w wyniku jakiegoś dziwnego impulsu sprzed pół roku, którego motywacji nie pamiętam dobrze, znalazłam się w posiadaniu dwóch arcynudnych (z drugiej strony: może to kwestia właściwego nastroju albo nastawienia? Chociaż nie sądzę) i absolutnie nienadających się do czytania książek Williama Morrisa. Niestety, odkopywanie nieznanych arcydzieł nie zdarza się nawet w jednej setnej tak często, jak byśmy chcieli. Ale najbardziej irytuje mnie wtórność motywów i postaci i niekończąca się anglosaskość. Nawet japońskie komiksy z gatunku tych dla dojrzewających chłopców mają bardziej zróżnicowane inspiracje. Czemu osierocony główny bohater nie może się nazywać Urhi-Teszub i spędzić dzieciństwa w komórce pod schodami, w, yyy, babilońskiej dzielnicy Merkes? Czemu zamiast cesarza/króla/księcia/etc nie może pojawić się labarna? Czemu zamiast mrocznych i ponurych, pseudo-średniowiecznych rozgrywek dynastycznych nie możemy poczytać o złowrogich knowaniach Szupiluliumy, szykującego się do małżeństwa ze swoją kuzynką (?) czy siostrą przyrodnią (?) Henti, a po cichu planującego pozbawić małego (tylko młodszego czy rzeczywiście jeszcze dziecka?) księcia-następcy życia w cieniu groźnej cytadeli? Albo czemu młody Mursilis stracil głos? Albo o pełnej przygód podróży wygnanego księcia Ashur-ah-iddina poza Hanigalbat i granice znanego świata? Nie gwarantuję, oczywiście, że bym to czytała. Tylko pytam.

Wszystko jest nie tak z tym rokiem: wszyscy umierają.

Ale jeszcze nie wymyśliłam, jak powinnam mówić o śmierci.

***
Jak zwykle, kiedy pracuję, ile mogę, żeby nie myśleć, zauważam zbyt późno nieustającą irytację i natrętny ucisk dookoła głowy. Chyba dopiero na początku kwietnia, kiedy w końcu zdołałam się przeziębić, odnotowałam, że od początku roku nie przeczytałam ani jednej książki dla przyjemności, a od nieustannego czytania artykułów odkłada się gdzieś z tyłu mózgu irytacja, aż osiągnie tak nieznośny pułap, że myślę tylko o tym, że chcę przespać cały tydzień, a jeszcze bardziej, żeby przez następne pięćdziesiąt lat nikt nie zawracał mi głowy tradycjami historiograficznymi na na starożytnym Bliskim Wschodzie. Teksty, które w innych okolicznościach pobudzałyby ciekawość tak bardzo, że na dziesiątki godzin zapominałabym o jedzeniu i śnie, robią się męczące jak natrętne brzęczenie muchy. Maleńkie znaczki pisma klinowego, rozczytywane i roszyfrowywane zwykle z pełną miłości starannością wyglądają jak złośliwe ślady brudnych ptasich łapek na czystej kartce. Wszystko, co miałam zrobić, przeczytać, odesłać, przetłumaczyć, wykombinować i wynotować przestaje być planami na przyjemne przedpołudnie i popołudnie, a wcześniej rano, do którego chce się jak najszybciej wstać. Zamiast tego każda rzecz do zrobienia jest jak kolejne ziarenko piasku w bucie, a wszystkie razem akurat tyle, żeby zezłościć się i z przyjemnością myśleć tylko o spaniu (ale najpierw powinnam zdjąć te parszywe buty).

Tymczasem, pozostaję niedouczona.

Zrobiłam więc to, co powinnam była ogarnąć dwa miesiące wcześniej; ale dwa miesiące wcześniej był miesiąc ze śmiercią i nie dało się myśleć o tym, co powinno się zrobić ani w ogóle o niczym innym – ale jeszcze nie zdecydowałam, jak się powinno o tym mówić – więc teraz jest równie dobry moment, jak każdy inny, a na pewno lepszy, niż każdy późniejszy.

Wzięłam torbę, poszłam do księgarni i wyniosłam tyle książek, ile mi się zmieściło i zamierzam wreszcie odpocząć.

A latem, latem pojadę na długi długi spacer.