[content goes here]

Archive for October 2015

W trakcie pewnej (publicznej) rozmowy o nowo wydanej książce, Elżbieta Janicka, której jestem psychofanką, wyraziła zaniepokojenie, że nawet osoby, które nie powinny, jak się zdaje, ulegać dominującym w polskiej kulturze narracjom, zamiast walczyć z zastanym językiem podręczników do historii (o tym jeszcze oddzielny post!), powielają takie konwencjonalne sformułowania jak “Róża Luksemburg była postacią kontrowersyjną” (cytat przytaczam z pamięci).

Znacznie bardziej niż stosunek do dominujących i mniejszościowych narracji, oficjalnej historii polski po 1989 i tak dalej, szczerze mówiąc, irytuje mnie samo słowo “kontrowersyjny”. “Kontrowersyjny” nic przecież nie znaczy. Określenie kogoś “kontrowersyjną postacią” to nic innego jak lenistwo umysłowe (nie tych konkretnych autorek konkretnej książki, ale w ogóle, w języku polskim – i w każdym innym języku, gdzie słowo to funkcjonuje w podobny sposób). Każdy może kontrowersyjny: tak samo Hitler, Kopernik i Maria Curie. Opatrując kogoś przymiotnikiem “kontrowersyjny” wysyłamy taki komunikat:

Pośród zwolenników wyciągania oczywistych i natrętnych lekcji moralności z historii wielu jest takich, którzy odczuwają niepokój, kiedy przez jeden akapit nie otrzymują jasnych komunikatów na temat tego, jak mają oceniać jakąś postać (chociaż najczęściej przyswoili sobie jakieś oceny już wcześniej; żeby nie wypaść z wprawy potrzebują jednak nieustającego potwierdzania tego, co powinni myśleć). Nie do końca zgadzam się z ich uproszczoną, wyjętą z kontekstu i poddaną dominującej ideologii ocenie jakiegoś zjawiska lub osoby. Co jednak jeśli bez podania odpowiedniej oceny w ogóle nie będą chcieli ze mną rozmawiać? Trzeba coś dopisać. To niech będzie “kontrowersyjny”; mi pozwoli otwarcie nie deklarować się po żadnej stronie sporu, a dodatkowo może udobrucham jakoś domagającego się oceny czytelnika.

Mam jednak wrażenie, że ważniejsze powinno być uczenie czytania historii (w każdym możliwym znaczeniu). Kładłabym nacisk raczej na przyzwyczajanie czytelników i czytelniczek do tego, że opowieści o przeszłości powinno się najpierw czytać w ich własnym kontekście. Czy nie byłoby lepiej napisać chociażby, że ktoś “spowodował skandal, bo”? To na pozór silniejsze od “kontrowersji” wyrażenie, ale umieszcza wydarzenia w ich właściwym momencie i sytuacji. Czemu nie możemy pisać o reakcji współczesnych na jakąś osobę (niekoniecznie będzie to reakcja, jaką dzisiaj byśmy popierali i popierały, ale właśnie o to chodzi), tylko używać pseudosłów w rodzaju “kontrowersji”? Z jednej strony to naiwne pytanie, bo “kontrowersje” i “kontrowersyjny” to ulubione określenia w dziennikarskiej papce portalowej, trudno więc oczekiwać, że nie przenikną do naszego języka. Ale jeśli chce się pisać historię, także (a może zwłaszcza?) dla szerszej publiczności, trzeba się poważnie zastanowić, czy bardziej chce się pokazać “teraz”, ukryte pod cienką warstwą patyny przeszłych wydarzeń, czy właśnie “kiedyś”.

Kiedy piszemy, że ludzie umierali kiedyś na obecnie uleczalne choroby, komuś, kto nie wie, dlaczego tak było, wystarczy opowiedzieć, że nikt nie wynalazł jeszcze antybiotyków i szczepionek. Wydaje mi się, że podobnie należało by wyjaśniać inne tła i konteksty, bez uciekania się do “kontrowersji”.

Advertisements

Trudno mi teraz (teraz ludzi zajętych, które trwa, trwa, trwa; nie ma końca, a początku już dawno się nie pamięta) pisać, bo musiałabym to robić kosztem snu, a kosztem snu robię już inne rzeczy. Nie chcę nawet narzekać: lubię pracować, lubię być zajęta, moje jedyne zastrzeżenie, to że ktoś mógłby wreszcie zabrać się za finansowanie nauki, żebym nie musiała odbębniać wszystkich tych zleceń (a potem upominać się o pieniądze, raz, drugi, trzeci, etc.).

Coraz mniej mam okazji do czytania dla przyjemności i coraz rzadziej czytam po polsku. Mam wrażenie, że mój własny język wymyka mi się jakoś spod palców, i że wszystko, co piszę, jest jakieś niezgrabne i toporne.

Trochę szkoda, bo jest tyle ciekawych rzeczy, że nie wiem nawet, gdzie zacząć! Z drugiej strony, straciłam częściowo zdolność rozmawiania z ludźmi, których Nie Interesuje (czasownik nieprzechodni). Stoimy sobie na korytarzu, oni i ja, próbuję coś o grantach albo o ciężarze pracy, że niby to prawie, jakbyśmy rozmawiali o tym, o czym normalnie się rozmawia (tylko nie wiem za bardzo, co to takiego), jakieś dźwięki wydobywają mi się z gardła i coraz bardziej mam wrażenie, że to nie ja otwieram usta, tylko ktoś inny. Czemu ona (on?) brzmi tak dziwnie?

Pewnie się nie wyspała.

Na okładce “Przejęzyczenia” było nazwisko Małgorzaty Łukasiewicz, więc wzięłam bez wahania. Ale Ireneusz Kania.

Nie pamiętam, żebym czytając którykolwiek z roju przekładów Ireneusza Kani, sprawdziła nazwisko tłumacza. Możliwe zresztą, że ominęłam je wszystkie (albo większość). Nie znoszę Eliadego, gardzę Cioranem jako gorszą (i faszystowską!) wersją Osamu Dazai, Kawafis mnie nie interesuje, podobnie jak duchowość buddyjska czy żydowska (czy jakakolwiek). Chyba miałam kiedyś numer Literatury na Świecie z Tybetańską księgą umarłych, ale nie podobało mi się tłumaczenie, nie pamiętam tylko, czy na pewno to była LnŚ i tłumaczenie Kani.

Mimo to zaczęłam czytać bez uprzedzeń (jak ktoś deklaruje, że bez uprzedzeń, to zazwyczaj dlatego że wie już, że można być uprzedzonym, najczęściej przez jakieś uprzedzenia, ale zapewniam, że to sformułowanie post quem), mało tego, nawet trochę z nadzieją na znalezienie człowieka, który myśli o niektórych rzeczach tak jak ja. Bo ja też umiem dwucyfrową liczbę języków (w różnym stopniu zaawansowania, połowa z nich jest martwa, żadne wielkie osiągnięcie, jedni robią na drutach, ja zapamiętuję, ot). Tak jak Kania (deklaruje), też uważam, że to nic takiego. Nie mam sportowej dyscypliny Kani, ale bardzo łatwo się koncentruję (lepiej: popadam w obsesję) na jednej sprawie na raz, więc dużo pamięciowej nauki połączonej z naśladowaniem przychodzi mi raczej łatwo.

Myślę jednak, że ważne jest tutaj, żeby nie zatunelować się tylko na uczeniu się języków w izolacji od czerpania przyjemności z rzeczy, które z tego języka i jego narośli zostały zbudowane. Nauczenie się całej gramatyki niemieckiej z deklinacjami, koniugacjami, czasami, szykiem zdań i tak dalej zajmuje znacznie mniej czasu, niż się może wydawać, ale jaki ma sens, kiedy nie czytam po niemiecku Zweiga (piękny akapit o brodach i statecznym wyglądzie!) albo nie rozmawiam z przyjaciółką w czasie wieczornego spaceru?

Ireneusz Kania nie musi rozmawiać z nikim:

Zofia Zaleska: Wielu tłumaczy twierdzi, że kształcenie w tym zawodzie przypomina system czeladnicy, że w tę profesję wpisana jest potrzeba kontaktu i konsultacji z innymi ludźmi.

Ireneusz Kania: Ja nigdy tej potrzeby nie odczuwałem. Bo ja, widzi pani, jestem przypadkiem osobnym, samotnikiem z natury. (…) Ta niekonwencjonalna nauka dała mi wielką szkołę życiową, od zawsze byłem samoukiem, nawet w sporcie, czego już dziś bym nikomu nie polecał. Jak się człowiek źle nauczy techniki w pływaniu czy w ciężarach, jak się uczy bez mistrza, to uczy się z błędami, które potem niesłychanie trudno wyeliminować. W sporcie mistrz, czyli trener, jest absolutnie konieczny.

Nie jestem w ogóle wielbicielką relacji mistrzyni-uczennica, ale mimo całej mojej słabo skrywanej mizantropii, bardzo sobie cenię pracę zespołową. Nawet przy najbardziej banalnej pracy pomoc redaktorki jest bezcennym skarbem. Inna perspektywa na ten sam tekst daje o wiele większe możliwości niż nawet wielokrotne czytanie tego samego fragmentu. A już dyskusja z inną czytelniczką, najlepiej z taką, która też zna albo chociaż rozumie oryginał, daje tak wiele, że chyba tylko ktoś, kto nigdy nie miał przyjemności odbyć jednej z tych charakterystycznych rozmów, może sobie wyobrażać, że samemu wykonuje równie dobrą pracę. I nie chodzi o sam tekst, ale też wszystko, co naokoło tego tekstu, interpretacje, problemy, skojarzenia.

Kania w całym wywiadzie mówi jak człowiek, który wszystko chce i musi zrobić sam, bo nikt inny nie zrobi tego lepiej. Czy aby na pewno?

IK: (…) Napisali [redakcja “Folia Orientalia”], że chętnie wydrukują mój tekst, ale ponieważ jestem u nich debiutantem, chcieliby najpierw uzyskać recenzje specjalistów na temat mojej pracy. W Polsce takich nie było, więc poproszono mnie, żebym sam postarał się o recenzje za granicą. (…) Oczywiście i u nas byli uczeni i filologowie, specjaliści od szczegółów [podkreślenie moje], ale w swojej pracy potrzebowałem głównie pomocy przy pisaniu komentarzy do tych tekstów: musiałem odmalować ogólne tło kulturowe i religijne.

Nie rozumiem, skąd ta niechęć do filologów i nazywanie ich specjalistami od szczegółów, jakby było w tym coś obraźliwego. Czasem diabeł tkwi właśnie w szczegółach. Poza tym, filolog doskonale potrafi odmalować tło kulturowe, to część jego lub jej podstawowych kwalifikacji. Co wzbudza wątpliwości, to czy tłumacz, który nie rozumie ogólnego tła kulturowego na tyle, żeby zrobić właśnie te ogólne komentarze, powinien się zabierać za przekład tekstu.

Mogę tylko powiedzieć, że ja bym się nie zabrała. Jeśli ktoś nie dysponuje podstawowymi informacjami na temat kulturowego i społecznego tła książki, to niby umiejąc język, nie rozumie tekstu.

Zastanawiałabym się, czy nie należy powiedzieć, że nawet nie umie tego języka, który wydaje mu się, że umie.

I pewnie teraz wyjdzie, że się filologicznie czepiam szczegółów (ale nie skończyłam ani jednej filologii, słowo!), ale ta sama osoba, która przyznaje, że nie jest w stanie napisać ogólnego komentarza o tle kulturowym pisze tak:

IK: Kultury chińska i indyjska – dwie kultury dla mnie najważniejsze – są dziś martwe. Gdy to mówię, nie chodzi mi tylko o martwotę starożytnych tekstów, ale o żywotność tych kultur w ogóle, także współcześnie.

Bardzo śmiała teza.

Jeżeli Hindusi jeżdżą dziś do Berlina albo Londynu, żeby uczyć się sanskrytu, to o czym to świadczy?

Już mówię. Świadczy o tym, że uczelnie w Berlinie i Londynie cieszą się bezpodstawnie lub nie, większym prestiżem. Pobyt na nich łączy się zazwyczaj dla studenta lub studentki z Indii lub Chin (tak jak dla mnie) z pewnym zastrzykiem gotówki i możliwościami zdobycia pracy w kraju, gdzie akademia nie jest tak tragicznie niedofinansowana. Proszę zauważyć, że właśnie napisałam filologiczny komentarz o ogólnym tle kulturowym chociaż nie jestem filolożką.

Te kultury na własnym terenie już wyschły i skostniały, są kuriozami muzealnymi, domeną paru dziwaków.

Nie wierzę, że to mogą być słowa kogoś, kto kiedykolwiek w ogóle widział żywych ludzi. Trudno nawet stwierdzić, o co ta pretensja. Nawet w Chinach po Rewolucji Kulturalnej tradycja, przekształcona i wielokrotnie zmieniana, dostosowywana do nowych okoliczności i potrzeb, żyje nadal. Jakiej trzeba arogancji, żeby z pozycji własnej niewiedzy skazać na śmierć kulturę ponad miliarda ludzi?

(Gdzieś w tle – kulturowym? – kryje się, mam wrażenie, milczące przekonanie, że “tradycja” jest żywa tylko wtedy, kiedy jest w całości zgodna z jakimś jej zapisem. Nie trzeba być jednak nawet specjalistą od szczegółów, że te same zapisy bywają w różnych miejscach i różnych czasach odczytywane na różne sposoby. Czy to znaczy, że tradycja umiera? Oczywiście że nie.)

ZZ: Czy istnieje według pana coś takiego jak duchowość euroazjatycka?

IK: Jeżeli pani stawia sprawę w sposób ogólny, to muszę powiedzieć, że nie, coś takiego nie istnieje. (…) Natomiast w odniesieniu do realiów kulturowych czy religijno-filozoficznych odległość między nami jest ogromna. (…) W komentarzu do swojego tłumaczenia Tybetańskiej księgi umarłych wysunąłem na przykład przypuszczenie, że zawarty w niej scenariusz inicjacyjny ma wiele wspólnego z obrzędami pogrzebowymi z naszego obszaru kulturowego – bliskowschodniego czy śródziemnomorskiego. Wymieniłem tam rozmaite paralele, a to z Orygenesem, a to z Egipcjanami, i wysunąłem z tego przypuszczenie, że wszystkie te scenariusze są wariantami czy odpryskami jakiegoś pierwotniejszego, starszego tekstu, jakichś fundamentalnych intuicji egzystencjalnych czy ontologicznych.

Jeśli chodzi o odległość między Europą a Azją w kwestiach filozoficzno-religijnych, to mam wrażenie, że o wiele większy dystans dzieli mnie od Ireneusza Kani, niż od moich przyjaciół z Chin, Indii i Japonii, ale niech będzie, że to tylko przypadek.

Co do reszty, to nie widzę potrzeby opatrywania tego komentarzem.

Pedantyzm nie pozwala mi się nie przyczepić jeszcze tutaj:

IK: (…) Myśl semicka się w tym nie mieści, ona opiera się na zupełnie innej zasadzie, jest zakotwiczona w monoteizmie i to sytuuje ją osobno.

Co to jest “myśl semicka”? Filozofia społeczeństw, w których mówi się lub mówiło językami należącymi do rodziny semickiej? Jeśli tak, to należy zdecydowanie powiedzieć, że są one głęboko zakorzenione w kulcie Księżyca, Góry i boga wegetacji Dagana, albo Marduka i Assura. Monoteizm to bardzo późny wynalazek.

Nie da się powiedzieć z całą pewnością, że otwarcie się na inne głosy, inne książki i innych ludzi pomogłoby Ireneuszowi Kani w zrozumieniu “ogólnego tła kulturowego”, ale przynajmniej można by było uznać, że naprawdę próbował. Bo z tego, co przeczytałam, to wynika, że raczej nie.

[Gdzieś w tym wszystkim chciałam jeszcze powiedzieć, że to może spotkać każdego, kto poświęci cały czas na uczenie się języków, zaniedbując przy tym wszystkie inne przyjemności – albo zadania – i że sama czuję się zagrożona, ale jest już późno, a jutro też muszę siedzieć na uczelni jakieś dziesięć godzin. Dobranoc.]