[content goes here]

Archive for January 2016

Rodzina składa się z rodzica A, rodzica B i rodzica C (gdzie kolejność liter zostaje dobrana drogą losowania), pary homoseksualnej, dzieci Terlikowskiego, psa, trzech kotów, aligatora, damskiej torebki, ośmiu świnek morskich, domku z ogródkiem na dachu miejskiego płaskowyżu samotności, schronu przeciwlotniczego, taczki z trzema kołami, Katona Starszego i pola kapusty.

Katon Starszy funkcjonuje tu oczywiście wyłącznie jako dekoracja.

Rodzina jest podstawową komórką społeczną, zapewniającą byt i opiekę wszystkim jej członkom. Dzieci Terlikowskiego mieszkają w schronie przeciwlotniczym, gdzie opiekuje się nimi para homoseksualna. Pola kapusty pilnuje aligator, którego z kolei pilnuje pies, który w sytuacji nagłego wzrostu poziomu agresji u aligatora sugestywnie wymachuje damską torebką, co ma symbolizować potencjalność przekształcenia aligatora w całą gamę akcesoriów damskich typu Birkin. Aligatory nie mogą żyć bez lęku; inaczej łuszczy im się skóra.

Sssss.

Rodzic A pracuje rano i po południu, rodzic C po południu i wieczorem, a rodzic B w domku z ogródkiem opiekuje się kotami. Osiem świnek morskich służy do zmuszania kotów do gimnastyki i co jakiś czas trzeba wymieniać je na nowe.

Dzięki taczce z trzema kołami kapusty z pola mogą być szybko transportowane prosto na talerze wygłodniałych dzieci i pary homoseksualnej w schronie oraz rodziców A, B i C w domku na dachu. Koty żywią się świnkami morskimi i innymi rzeczami, które znajdą w ogródku, ale nie jedzą pomidorów.

W tym idealnym, samowystarczalnym, zamkniętym mikroświecie jest również Tajemnica, która dręczy wszystkich jego mieszkańców: być może gdzieś przy żywopłocie mieszka jeż.

Dookoła pną się wieżowce, z góry spoglądając na dzikie chaszcze grodzonych osiedli. Domki jednorodzinne wiją się jak węże w trawie latarni. Nic już nie jest takie jak dziesięć lat temu, wszędzie place budowy, renowacje i roboty drogowe. Tylko rodzina, ten fundament zdrowego, chrześcijańskiego miasta, zawsze pozostaje taka sama.

Miałam nigdy więcej nie pisać nic o polityce, bo to nudne, ale ostatnio wydarzenia (czy to są wydarzenia? czemu ja mam wrażenie, że w ogóle nic się nie stało?) gazetowo-telewizyjne to nieustająca procesja absurdów, pochód ero-guro-nansensu, cztery wysokie modystki kręcące na zapleczu gabinetu dentystycznego eksperymentalny pornos z udziałem mrówek, siedemnaście lesbijek pochylonych nad garnkiem z marmoladą z ogonów wołowych, farmer, który postanawia zostać owczarkiem i zająć się wypasaniem kotów na swetry w Nowej Zelandii, sprytna złodziejka klejnotów przebrana za wegańską aktywistkę, zlizująca z kącika ust okruszki świńskich uszek w soli, z octem.

Przynajmniej tak to wygląda z mojego punktu widzenia. Mocne osadzenie w pierwszym tysiącleciu przed naszą erą pozwala na zachowanie odpowiedniej perspektywy.

Ostatni wybryk jednego z polityków (co za śmieszny zawód!) z nazwiskiem na W., którego nadal nie mogę zapamiętać (niedługo i tak się z kimś pokłóci i go usuną, szkoda mojego czasu), wyrzucił z siebie pociski rasizmu i głupoty, przypominające nam, gdzie jesteśmy, ustawiające nas na miejscu.

Tu, gdzie mieszkamy, nic nie jest wegetariańskie. Chusteczki do nosa i papier toaletowy nasączane są aromatem słoniny, żeby o narodowym przeznaczeniu nie można było zapomnieć nawet w trakcie wypróżniania nosa. Prawdziwe polskie dziewczyny przyozdabiają się w naszyjniki z półtuszek i flaków, a policzki malują różem ze świńskiej krwi. W złote jak pszenica warkocze wplatają wyschnięte i niedoczyszczone ścięgna. Mięsna suknia Lady Gagi to danie niemal wegańskie w porównaniu z modą współczesnych narodowych słowianek.

W nie tak odległej Germanii istnieje może coś takiego jak chatki z pierniczków, ale tradycyjne polskie domostwo wznieść można tylko na rozstajach, gdzie uprzednio zakopano ciała pokonanych wrogów, a główny filar konstrukcji nośnej sporządza się z olbrzymiej kurzej nóżki.

Wszystkie zwierzęta domowe zostają w końcu zjedzone: krowy na surowo, rozrywane potężną siłą męskich słowiańskich szczęk; szczupaki w zalewie octowej; tylko gołębie miejscowi nadziewają na sztachety, kiedy chcą od święta witać gości. Z rybich oczek robi się paciorki na wymianę z tajemniczym plemieniem Inspektorów Unijnych, którzy za tę podejrzanej wartości biżuterię płacą ogromne pieniądze w autostradach i dotacjach strukturalnych. W rzekach płynie czysta wódka, która nigdy nie zamarza, spoconym męskim ramionom przyświeca słońce, Jezus patrzy z nieba i wszystko na tym świecie jest w porządku.

A mieszanie ras dopuszczalne jest tylko w parówkach. A mieszanie kultur – tylko w jogurcie.

 

*

[trzeci odcinek Hamao Shirou pisze się nieprzerwanie]