[content goes here]

Archive for August 2016

Pierwszy raz od lat byłam w miejscu, gdzie się wychowałam: w tym sensie najbardziej formatywnych momentów dzieciństwa, z których ma się tylko krótkie wspomnienia, małe migawki i skondensowane winietki, niejednokrotnie wypełnione informacjami bardziej ciasno, niż teraz kilka tygodni czytania.

Mam tam blisko, w przeciwieństwie do większości ludzi, więc nie byłam tam od dwudziestu lat.

Nawet nie przesadzam: miejsc dostępnych nigdy się przecież nie odwiedza.

Bardzo dużo się zmieniło: domy mają inne kolory, są ocieplone i zakryte jakimiś żółtymi płytami. Kiedy byłam mała, wszystkie miały ten sam, ciemno brązowy kolor (w takim dziwnym, ale spokojnym odcieniu, nie tak jak jaśniejsze bloki na Jelonkach czy niektórych częściach warszawskiego Bemowa). Ale ogródki nadal są dokładnie takie same, przy chodnikach, niby ogrodzone tylko kilkoma krzewami żywopłotu, ale zupełnie niedostępne. Balkony nadal otwarte szeroko tuż przy ziemi (chociaż już zaczęła się jesień – nawet jeśli zrobi się jeszcze upał, to przecież to gryzące, chłodne powietrze wieczorem i wcześnie rano to pierwsze znaki zimy), białe firanki (kiedyś: więcej koronek w kwiatki, teraz: mniej przezroczyste, białe i kremowe tkaniny w paski z Castoramy).

Zadziwiające, że całą ogromną odległość od jednej wielkiej ulicy do drugiej (nie powiem wam gdzie, przecież, to moje miejsce) można teraz, na dłuższych nogach, przejść w niecałe dziesięć minut. Pamiętam to jeszcze jako całą wielką wyprawę, z niedostępnymi klifami ogródków, półkami skalnymi balkonów i kanionem wąskiej asfaltowej drogi osiedlowej, po której wtedy prawie nie jeździły samochody.

Wtedy wszędzie kwitły malwy (ale teraz może już nie pora?).

To niesamowite, ile się pamięta rzeczy (ale żadnych wydarzeń) z takich zamierzchłych czasów, jak daleko i głęboko taka pamięć sięga wgłąb ziemi, asfaltu, porowatych ścian domów, starych drzew przy drodze. Teraz pamięta się jedną  warstwą, wtedy każda materia była łatwiej penetrowalna, osiedlowy trzepak miękko się otwierał przed ciekawskim wzrokiem, każdej rzeczy dało się zaglądać pod skórę, nie uszkadzając jej.

Najbardziej niewiarygodne: jak mogę dzielić ten sam mózg z tamtą osobą, która po kilku, kilkunastu powolnych spacerach zapamiętała tyle szczegółów?

Tam, gdzie był papierniczy z pierwszymi kredkami Staedlera, teraz jest niemiecka chemia. Znajduję w tym jakąś dziejową sprawiedliwość.

Advertisements

Nie wiem, ale to jest takie uczucie, kiedy kobieta jest trochę jak Neron, który ogląda, jak Rzym (Warszawa) płonie, ale wszystkich chrześcijan zjedli lwy,

Jak wypełnia człowieka wata cukrowa albo zadowolenie, które jest gazem szlachetnym, lżejszym niż powietrze, i zaraz uniesie się w górę, górę, szybować nad płonącym miastem, płonącym lasem, płonącym wszystkim, a ogień będzie grzał od dołu w zmarznięty brzuszek,

Albo jak się jest całą nadętą od nadmiaru słów i języków, które się wyciskają, wyciskają z gardła na zewnątrz bańkami mydlanymi i zasłaniają horyzont, na którym wdzięczy się łuna dziesięciu tysięcy pożarów,

Albo jak się leży na czystej pościeli z kotami i odkrywa, że tłuste boczki pomagają w turlaniu się,

Albo jak wielki tłusty pokemon, kiedy rozkłada łapki w gnieździe, po tym jak zjadł siedmiu nieuważnych graczy, którzy próbowali go złapać, i czyści sobie piórka, i wydłubuję małe kostki spomiędzy zębów: wykałaczką, bo kto mu zabroni,

Albo nawet nie wiem

i tak dalej.

Tags:

Jestem osobą o skromnych zainteresowaniach, nie wychodzących poza jakiś metr od mojej przestrzeni osobistej(1). Stąd zapewne pewne roztargnienie względem tego, co dzieje się naokoło, zwłaszcza z ludźmi(2). Zazwyczaj nie rejestruję nawet, że ktoś idzie obok, a tym bardziej jak jest ubrany i jakimi ozdobami i rysunkami pokrył/a rozmaite części swojego ciała, co robi z jaką częścią ciała, co wystaje jej z boczku, co trzyma w ręku, czy coś żywego, martwego, czy krzyczącego. Są przecież daleko ważniejsze problemy: czy coś kapie mi na nos, czy znowu mam plamę z sosu na lewym cycku, jak bardzo jestem spóźniona i tak dalej.

Zapewne dlatego kwestia kobiet karmiących w miejscach publicznych dla mnie nie istnieje. Ale myślę też, że nie tylko dlatego.

Kiedy czytam teksty, takie jak ten, widzę, że dla innych ludzi samo postawienie problemu zaczyna się od drugiej strony, bocznymi drzwiami, trzy klatki obok, schodami do góry w lewo i siódme drzwi po prawej:

Bo właśnie: nie każda goła baba jest dziełem na miarę „Wenus” Botticellego, kilka gołych bebzonów i flaszka piwa to nie jest per se „Śniadanie na trawie”, a wywalony nad talerzem z ogórkową cyc to nie jest „Macierzyństwo” Wyspiańskiego. Między życiem z całą jego fizjologią a sztuką ze wszystkimi jej niedopowiedzeniami i symbolami jest miejsce na wagon szampana. Myślę, że fizjologia nie sprawia kłopotu o ile jest własna; w cudzej niekoniecznie każdy chce uczestniczyć.

Tak. Kiedy miałam siedemnaście lat i moje neurozy dotyczyły spraw bardziej przyziemnych(3), zgodziłabym się z każdą literką tego akapitu (plus spacje). Tak, jedzenie to czynność fizjologiczna, tak, czemu ludzie robią to publicznie, jak zwierzęta; jeść powinno się we wstydzie i milczeniu, w pustym pokoju, z twarzą do ściany, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, jak pobrudzę się sosem (patrz wyżej).

Wiele pracy kosztowało mnie nauczenie się jedzenia w miejscu publicznym i jakąś częścią mózgu nadal chyba troszkę wierzę, że to nieprzyzwoite. Nikt przecież nie masturbuje się publicznie: to społecznie nieakceptowalne. W takim razie czemu jedzenie jest?

W wielu sensach masturbacja niewiele się różni od jedzenia(4).

Ale to dygresja. Chodzi mi bardziej o samo podejście do człowieczego ciała, z jego zmarszczkami, fałdami i fałdkami, wałkami, obwisłościami i tak dalej. Powyższy tekst, co znamienne, określa je tak:

goła baba

gołe bebzony

wywalony cyc

A na końcu explicite porównuje do sztuki, która jest lepsza i symboliczna, bo, dodam od siebie, nie poci się i nie robi kupy(5).

A przecież to jest właśnie zupełnie na odwrót! Jak się kocha ludzi(6), to przecież bebzon czy nie, owłosiony brzuch jest życiem. Spocone plecy to ruch, powykręcane labirynty włosów na nogach to wzrost, krzywo obcięte paznokcie to praca. Za każdym odłupanych lakierem do paznokci stoi zmywanie i przenoszenie rzeczy, i blaszane, ażurowe półmiski na owoce. Okrągła albo opadająca krzywa nabrzmiałej piersi to macierzyństwo. Brudne nogi w sandałach to dzień spędzony w lesie albo w ogrodzie, albo w piaskownicy. Przepocona koszulka to radość z biegania, beknięcia to zadowolenie z jedzenia, odsłonięte i spalone słońcem ramiona to letni odpoczynek, ramiączka staników wystające spod koszulek i sukienek to przyjemność i wygoda, zaplamiony tiszert to popołudnie w kuchni.

Ludzkie ciało jest właśnie takie: pofałdowane, jędrne i obwisłe, nabrzmiałe (od chodzenia, od mleka, od guza, od siniaka) i gładkie, suche i wilgotne (z podniecenia, od potu, po deszczu). Brwi bywają krzaczaste i nierówne, czarne grube włoski złośliwie wyrastają prawie przy powiece. Na twarzach kwitną rumieńce, piegi i pryszcze, pola plam wątrobowych przecinają zagony zmarszczek. Usta się krzywią, zaciskają, wydymają – za małe, za duże, za wąskie, za szerokie – dokładnie takie, jak trzeba. Na plecach robi się fałdka od stanika, na brzuchu trzy, kiedy się siada. Z ramion zwisa za dużo skóry, pięknym, bezwładnym łukiem, piersi wylewają się nad dekoltem, duże, małe, trójkątne, obwisłe, doskonałe. Gdzieś nad pupą czai się mała kępka włosków, skóra pod pachami marszczy od ciągłego zginania.

Jak można powiedzieć, że to nie jest sztuka?

 

(1) Poza muzeum.

(2) Zderzenie z człowiekiem zazwyczaj nie grozi śmiercią. Z czymś większym często już tak.

(3) Bardziej przyziemnych niż “czy na pewno pamiętałam o przypisie? Lepiej przeczytam to jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze (…)”. Oczywiście, to nie jest w żaden sposób związane z wiekiem.

(4) Serio! Pomyślcie o tym.

(5) Jeśli macie ochotę wskazać wyjątki, bardzo proszę. Natychmiast je umieszczę w tym właśnie przypisie.

(6) W tym abstrakcyjnym i ogólnym sensie, który nie oznacza, że trzeba być dosłownie blisko nich, bleee.

Tags: