[content goes here]

Zmarszczki, fałdki, wałki: horror corporis

Posted on: August 7, 2016

Jestem osobą o skromnych zainteresowaniach, nie wychodzących poza jakiś metr od mojej przestrzeni osobistej(1). Stąd zapewne pewne roztargnienie względem tego, co dzieje się naokoło, zwłaszcza z ludźmi(2). Zazwyczaj nie rejestruję nawet, że ktoś idzie obok, a tym bardziej jak jest ubrany i jakimi ozdobami i rysunkami pokrył/a rozmaite części swojego ciała, co robi z jaką częścią ciała, co wystaje jej z boczku, co trzyma w ręku, czy coś żywego, martwego, czy krzyczącego. Są przecież daleko ważniejsze problemy: czy coś kapie mi na nos, czy znowu mam plamę z sosu na lewym cycku, jak bardzo jestem spóźniona i tak dalej.

Zapewne dlatego kwestia kobiet karmiących w miejscach publicznych dla mnie nie istnieje. Ale myślę też, że nie tylko dlatego.

Kiedy czytam teksty, takie jak ten, widzę, że dla innych ludzi samo postawienie problemu zaczyna się od drugiej strony, bocznymi drzwiami, trzy klatki obok, schodami do góry w lewo i siódme drzwi po prawej:

Bo właśnie: nie każda goła baba jest dziełem na miarę „Wenus” Botticellego, kilka gołych bebzonów i flaszka piwa to nie jest per se „Śniadanie na trawie”, a wywalony nad talerzem z ogórkową cyc to nie jest „Macierzyństwo” Wyspiańskiego. Między życiem z całą jego fizjologią a sztuką ze wszystkimi jej niedopowiedzeniami i symbolami jest miejsce na wagon szampana. Myślę, że fizjologia nie sprawia kłopotu o ile jest własna; w cudzej niekoniecznie każdy chce uczestniczyć.

Tak. Kiedy miałam siedemnaście lat i moje neurozy dotyczyły spraw bardziej przyziemnych(3), zgodziłabym się z każdą literką tego akapitu (plus spacje). Tak, jedzenie to czynność fizjologiczna, tak, czemu ludzie robią to publicznie, jak zwierzęta; jeść powinno się we wstydzie i milczeniu, w pustym pokoju, z twarzą do ściany, żeby nikt przypadkiem nie zauważył, jak pobrudzę się sosem (patrz wyżej).

Wiele pracy kosztowało mnie nauczenie się jedzenia w miejscu publicznym i jakąś częścią mózgu nadal chyba troszkę wierzę, że to nieprzyzwoite. Nikt przecież nie masturbuje się publicznie: to społecznie nieakceptowalne. W takim razie czemu jedzenie jest?

W wielu sensach masturbacja niewiele się różni od jedzenia(4).

Ale to dygresja. Chodzi mi bardziej o samo podejście do człowieczego ciała, z jego zmarszczkami, fałdami i fałdkami, wałkami, obwisłościami i tak dalej. Powyższy tekst, co znamienne, określa je tak:

goła baba

gołe bebzony

wywalony cyc

A na końcu explicite porównuje do sztuki, która jest lepsza i symboliczna, bo, dodam od siebie, nie poci się i nie robi kupy(5).

A przecież to jest właśnie zupełnie na odwrót! Jak się kocha ludzi(6), to przecież bebzon czy nie, owłosiony brzuch jest życiem. Spocone plecy to ruch, powykręcane labirynty włosów na nogach to wzrost, krzywo obcięte paznokcie to praca. Za każdym odłupanych lakierem do paznokci stoi zmywanie i przenoszenie rzeczy, i blaszane, ażurowe półmiski na owoce. Okrągła albo opadająca krzywa nabrzmiałej piersi to macierzyństwo. Brudne nogi w sandałach to dzień spędzony w lesie albo w ogrodzie, albo w piaskownicy. Przepocona koszulka to radość z biegania, beknięcia to zadowolenie z jedzenia, odsłonięte i spalone słońcem ramiona to letni odpoczynek, ramiączka staników wystające spod koszulek i sukienek to przyjemność i wygoda, zaplamiony tiszert to popołudnie w kuchni.

Ludzkie ciało jest właśnie takie: pofałdowane, jędrne i obwisłe, nabrzmiałe (od chodzenia, od mleka, od guza, od siniaka) i gładkie, suche i wilgotne (z podniecenia, od potu, po deszczu). Brwi bywają krzaczaste i nierówne, czarne grube włoski złośliwie wyrastają prawie przy powiece. Na twarzach kwitną rumieńce, piegi i pryszcze, pola plam wątrobowych przecinają zagony zmarszczek. Usta się krzywią, zaciskają, wydymają – za małe, za duże, za wąskie, za szerokie – dokładnie takie, jak trzeba. Na plecach robi się fałdka od stanika, na brzuchu trzy, kiedy się siada. Z ramion zwisa za dużo skóry, pięknym, bezwładnym łukiem, piersi wylewają się nad dekoltem, duże, małe, trójkątne, obwisłe, doskonałe. Gdzieś nad pupą czai się mała kępka włosków, skóra pod pachami marszczy od ciągłego zginania.

Jak można powiedzieć, że to nie jest sztuka?

 

(1) Poza muzeum.

(2) Zderzenie z człowiekiem zazwyczaj nie grozi śmiercią. Z czymś większym często już tak.

(3) Bardziej przyziemnych niż “czy na pewno pamiętałam o przypisie? Lepiej przeczytam to jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze (…)”. Oczywiście, to nie jest w żaden sposób związane z wiekiem.

(4) Serio! Pomyślcie o tym.

(5) Jeśli macie ochotę wskazać wyjątki, bardzo proszę. Natychmiast je umieszczę w tym właśnie przypisie.

(6) W tym abstrakcyjnym i ogólnym sensie, który nie oznacza, że trzeba być dosłownie blisko nich, bleee.

Advertisements
Tags:

3 Responses to "Zmarszczki, fałdki, wałki: horror corporis"

>>>Nikt przecież nie masturbuje się publicznie: to społecznie nieakceptowalne.<<<

Nikt? Niekoniecznie. Taki Ziemkiewicz robi to w każdym felietonie.

Padłam.

Ale my (ja) jako społeczeństwo naprawdę tego nie akceptujemy!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: