[content goes here]

nie powiem gdzie

Posted on: August 23, 2016

Pierwszy raz od lat byłam w miejscu, gdzie się wychowałam: w tym sensie najbardziej formatywnych momentów dzieciństwa, z których ma się tylko krótkie wspomnienia, małe migawki i skondensowane winietki, niejednokrotnie wypełnione informacjami bardziej ciasno, niż teraz kilka tygodni czytania.

Mam tam blisko, w przeciwieństwie do większości ludzi, więc nie byłam tam od dwudziestu lat.

Nawet nie przesadzam: miejsc dostępnych nigdy się przecież nie odwiedza.

Bardzo dużo się zmieniło: domy mają inne kolory, są ocieplone i zakryte jakimiś żółtymi płytami. Kiedy byłam mała, wszystkie miały ten sam, ciemno brązowy kolor (w takim dziwnym, ale spokojnym odcieniu, nie tak jak jaśniejsze bloki na Jelonkach czy niektórych częściach warszawskiego Bemowa). Ale ogródki nadal są dokładnie takie same, przy chodnikach, niby ogrodzone tylko kilkoma krzewami żywopłotu, ale zupełnie niedostępne. Balkony nadal otwarte szeroko tuż przy ziemi (chociaż już zaczęła się jesień – nawet jeśli zrobi się jeszcze upał, to przecież to gryzące, chłodne powietrze wieczorem i wcześnie rano to pierwsze znaki zimy), białe firanki (kiedyś: więcej koronek w kwiatki, teraz: mniej przezroczyste, białe i kremowe tkaniny w paski z Castoramy).

Zadziwiające, że całą ogromną odległość od jednej wielkiej ulicy do drugiej (nie powiem wam gdzie, przecież, to moje miejsce) można teraz, na dłuższych nogach, przejść w niecałe dziesięć minut. Pamiętam to jeszcze jako całą wielką wyprawę, z niedostępnymi klifami ogródków, półkami skalnymi balkonów i kanionem wąskiej asfaltowej drogi osiedlowej, po której wtedy prawie nie jeździły samochody.

Wtedy wszędzie kwitły malwy (ale teraz może już nie pora?).

To niesamowite, ile się pamięta rzeczy (ale żadnych wydarzeń) z takich zamierzchłych czasów, jak daleko i głęboko taka pamięć sięga wgłąb ziemi, asfaltu, porowatych ścian domów, starych drzew przy drodze. Teraz pamięta się jedną  warstwą, wtedy każda materia była łatwiej penetrowalna, osiedlowy trzepak miękko się otwierał przed ciekawskim wzrokiem, każdej rzeczy dało się zaglądać pod skórę, nie uszkadzając jej.

Najbardziej niewiarygodne: jak mogę dzielić ten sam mózg z tamtą osobą, która po kilku, kilkunastu powolnych spacerach zapamiętała tyle szczegółów?

Tam, gdzie był papierniczy z pierwszymi kredkami Staedlera, teraz jest niemiecka chemia. Znajduję w tym jakąś dziejową sprawiedliwość.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: