[content goes here]

Archive for October 2016

Nic nie frustruje bardziej, niż ludzie ogólnie inteligentni, zachowujący się po prostu głupio. Na przykład w Adama Pluszkę we Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach, kiedy tylko zostaje postawiony wobec Innego (Chin), wstępuje szatan:

(AP – przyp. ja) Czy Mo Yan kontestuje chińską kulturę? Bierze z nią rozbrat?

MR [dr Małgorzata Religia, piękna, mądra i utalentowana sinolożka – przyp. (nieobiektywna) ja]: Dlaczego miałby kontestować chińską kulturę albo brać z nią rozbrat? Co by to w ogóle miało znaczyć? Mo Yan pisze po chińsku, pisze o Chinach, jest jednym z najważniejszych współtwórców tej kultury w jej współczesnym wydaniu, jego twórczość jest częścią tej kultury. Dzisiejsza kultura chińska – jak kultura każdego innego kraju – czerpie inspiracje i wzorce z wielu źródeł, nie może być inaczej. Także Mo Yan odwołuje się do różnych niechińskich inspiracji literackich, o czym sam otwarcie mówi, ale nie bardzo rozumiem, dlaczego miałoby go to stawiać poza chińską kulturą.

(…)

AP: Mam na myśli to, o czym wspomniała pani Religa przy okazji Krainy wódki – że opisał Chiny jako piekło na ziemi. Podobnie jest w Żabie, kiedy pisze o zagadnieniu pomijanym w chińskiej literaturze [tu nasuwa się pytanie, ile w ogóle AP wie o zagadnieniach poruszanych w chińskiej literaturze, która jest większa niż kontynent i szeroka jak ocean – przyp. ja], czyli o polityce planowania urodzin. To trudne zagadnienie także dla Chińczyków.

Nie wymaga to żadnego komentowania tak naprawdę, ale spróbujmy metodą copy/paste, która pozostaje moją ulubioną, jako wymagająca najmniej wysiłku:

(AP) Czy Zola kontestuje francuską kulturę? Bierze z nią rozbrat?
(…)

AP: Mam na myśli to (…) że opisał francuską górniczą wioskę jako piekło na ziemi. Podobnie jest w Germinalu, kiedy pisze o zagadnieniu pomijanym we francuskiej literaturze, czyli o polityce antyrobotniczej. To trudne zagadnienie także dla Francuzów.

Okej?

Potem jest już tylko gorzej: zamiast pytać o ciekawe i intrygujące trudności związane z tłumaczeniem z języka o strukturze diametralnie różnej od języków indoeuropejskich (a wiem coś o tym!), Pluszka pyta o stan współczesnej chińskiej kaligrafii (to tak, jakby tłumaczkę literatury hiszpańskiej pytać o zbiory kałamarnic: bo przecież atrament!) i przywołuje film Hero (to tak jak interpretowanie twórczości Thomasa Pynchona przez pryzmat kolejnych części Avengersów: przecież obie rzeczy są amerykańskie!). Co jest zresztą warte przywołania:

(AP): Pamiętam scenę z filmu Hero, w której Złamany Miecz ćwiczy znak, jeśli dobrze pamiętam, “miecz”, kijkiem na piasku, a do wykonania ostatecznej kaligrafii używa, hm, mopa. Tyle jest technik?

MR (Ach! Dr Religa! Niech Pani wie, że wielbię Panią nieustannie!): Nie pamiętam żadnej z tych scen, ale czy jeśli Superman przemieszcza się, latając, znaczy to, że jest to jedna z technik podróżowania na Zachodzie?



Otóż to. Potem są jeszcze pytania o budowę chińskich znaków (“znalazłem na przykład informację, że “świnia pod dachem” ma znaczenie “dom, rodzina”), które ma mniej więcej taki związek z tłumaczeniem chińskiej literatury, jak pytania o francuskie znaki diakrytyczne z tłumaczeniem literatury francuskiej (można by było zapytać się na przykład tak, z rozbrajającą szczerością: “czy nie mylą się pani te akcenty? Rosnący, opadający, słyszałem, że są aż trzy!”. Chociaż może za bardzo się wyzłośliwiam? Chociaż nie sądzę).

Nie wiem tylko, ostatecznie, czy to bardziej ignorancja jako taka, za którą w sumie trudno mi kogoś winić tak ogólnie, ale szczególnie: czemu marnować czas na zadawanie trywialnych pytań, na które z łatwością odpowiedź można znaleźć na Wikipedii (np. tu), kiedy można z dwiema sinolożkami porozmawiać o chińskiej literaturze? Zapytać je, czy przetłumaczą Lu Xuna? Cokolwiek?

Czy jednak bardziej chodzi o to, że Chiny, takie obce, takie dalekie, nie mogą mieć normalnej literatury w normalnych językach jak normalne kraje, literatury, o której można rozmawiać, zadając inteligentne i ciekawe pytania? Takie, jak Pluszka zadawał Barbarze Kopeć-Umiastowskiej, dzięki którym można się rozpłynąć w jej pięknym języku (gdyby Barbara Kopeć-Umiastowska proponowała apokatastazę, w której znajomość Boga by znajomością jej słów, natychmiast i entuzjastycznie bym się zgodziła).

Jestem zawiedziona, taka zawiedziona!