[content goes here]

Archive for November 2016

Kobiecie zawsze wiatr w oczy wieje, myślała, biegnąc od jednego do drugiego szaleńca, lawirując między morzem obleśnych uśmieszków a szpalerem wyciągniętych, chciwych rąk. Nawet śmierć, nawet śmierć wydawała się mniej męcząca i lepsza: cóż to takiego, zapomnieć o przeszłości (i zacząć wszystko od nowa), jeść pył (i nie zastanawiać się nigdy więcej, co dodano do wina)? To więcej, niż nie gorzej, to lepiej, myśli Eurydyka i z rozmysłem, zamaszystym ruchem, ciężko, stanowczo, zdecydowanie nadeptuje żmii na łeb.

W świecie podziemnym jest cicho i szaro. Cicho, bo nikt, żaden przeklęty obsesjonat nie rzępoli ciągle na całej orkiestrze instrumentów strunowych. W ciszy wszystko wydaje się lepsze. Szaro, bo żaden szaleniec w kolorowych chitonach i płaszczach nie wyskakuje nagle zza krzaków w grzechocie korali i szczękaniu stali. W szarościach wszystko wydaje się spokojne i bezpieczne.

Przez pierwsze tygodnie nie może uwierzyć, że nareszcie jest sama. Grzebie w ziemi, ciesząc się dotykiem wyschniętych grudek, huśta się na starych sznurach, zwisających z szubienicy i robi fikołki na trującej, zielonej trawie i zbiera fiołki i rutę w gnijących zaroślach. Gdzieś w oddali, na tronie z piszczeli i czaszek, majaczy niewyraźna sylwetka Hadesa; gdzieś w ogrodach w podarte brokaty i skrawki atłasów owija się Persefona z sokiem granatu na ustach. Ale jej nic to nie obchodzi, tak jak ona nie obchodzi tamtych dwojga: tutaj, w podziemiach, pilnuje jej sam trzygłowy Cerber, a Styks otacza bezpieczną wstęgą zapomnienia.

Wreszcie dała się ukoić szumowi fal, uśpić mruczeniu trzech psich głów. Jeszcze nigdy nie było jej tak błogo: to musiał być właśnie spokój. Położyła się leniwie na zmurszałym katafalku i zasnęła i spała tak chyba dwadzieścia dziewięć dni, aż trzydziestego dnia w porze, gdy rydwan słoneczny opuszcza podwoje podziemnego świata, dobiegł ją przeraźliwy dźwięk liry.

Czuła się tak bezpieczna, że w pierwszej chwili pomyślała, że oto do bram piekielnych zbliżać się musi korowód tańczących bachantek, pijanych już na całą wieczność, ale wkrótce po wyschniętych skałach i zdziczałym ogrodzie, pełnym gnijących jabłek i pysznych granatów, przy bramie, koło wszystkich głów Cerbera rozszedł się dobrze znany Eurydyce dźwięk rzewnej (ohydnej), wzruszającej (ramionami) muzyki. Styks zamarł. Cerber zaskowyczał. Brama do świata podziemnego rozwarła się. Persefona odłożyła owoc na tacę.

Eurydyka pomyślała, że niektórzy ludzie nie mają nawet odrobiny przyzwoitości.

***

Na szczęście wszystko znowu skończyło się dobrze.

Advertisements