[content goes here]

Archive for December 2016

Wesele w remizie na stadionie Legii: Adam Małysz skacze z trybun, śpiewając Ave Maria. Z dachu spada grad trujących żab, wszyscy goście uciekają, ale w wannie męskiej szatni znaleziono martwe ciało skrzypka z trzema rękami, który z całą pewnością nie umarł nagle w czasie koncertu.

Mama małego Stasia przebierała palcami po strunach mandoliny z obierek marchewki. Niekuzyn Maciek poszedł kościoła wziąć ślub z koleżanką z bloku, ale wrócił ożeniony z nowym Fiatem 126p. Księżyc wył do wilka, ale ten nie odwzajemniał wcale jego uczuć, wpatrując się w zmrużone oczy pewnej pomniejszej gwiazdki.

Pani od rytmiki wyjechała na Galapagos żyć wśród żółwi. Liście palmowe malowały monsuny na niebie, rozcieńczające niesforne tempery w mleku kokosowym. Ciocia Martynika wyprowadziła się na Księżyc, zabierając ze sobą zbłąkane stado wilków, które skrycie liczyły, że znajdą się wreszcie bliżej wojowniczej planety, Marsa w skorpionie.

Angelika postanowiła umrzeć, ale w końcu otworzyła stoisko z hot-dogami, burgerami i minetkami: minetki sprzedawały się jak świeże bułeczki.

Staś tak spłoszył Słońce, ze wzeszło od zachodu, ukrywając w bezpiecznym cieniu pana Inagaki, zwartego w Księżycem w jakimś uścisku: na strychu widać było dziwną poświatę.

Tata Stasia przegrał go w karty ze starym listonoszem-rojalistą z Hiszpanii, ale ostatecznie musiał rozstać się ze swoim ascendentem. Starszy aspirant Makowy razem z kompletem szwedzkiej porcelany zawiózł go do Moskwy rydwanem zaprzężonym w cztery pszczoły.

Mecz trwał: na bramce Roland wykrwawiał się na murawę zasadzoną przez siedemnaście jednonogich pawi albinosów. Same ptaki już dawno odleciały z jaskółkami i bocianami za morze, zapowiadając nadciągający deszcz.

Śnieg niezgrabnie zawisł na żaluzjach. Fiat 126p nie zaszczepił i rozwijała mu się złośliwa infekcja błotnika. Małysz łapał siecią gwiazdy z nieba, ale żadna nie uśmiechała się jaśniej od niej.

Advertisements

Wysokie są góry i mroczne, i wielkie, głębokie doliny, rwące strumienie. W tyle, w przedzie, trąby dzwonią; wszystkie wraz odpowiadają rogowi. Menady pędzą z włosem rozwianym i  satyrowie zgniewani i strapieni. Nie masz jednego, który by nie płakał i nie zawodził. Proszą Ziemię, by chroniła Eurydykę,  aż wszyscy oni nie przybędą pod bramy Hadesu; wówczas razem będą go bili. Na co modły? Nie zdały się na nic. Zapóźnili się, nie zdążą już na czas.

Wreszcie zatrzymały się pod bramą piekieł i jęły walić w nią pięściami, aż wystraszyły Cerbera ze wszystkim jego trzema głowami, a Erynie ciekawie wychyliły się z okien swoich podziemnych sypialni, zobaczyć, o co tyle hałasu. Szelest firanek dotarł aż do wdzięcznych uszu Persefony, we wianku ze zwiędniętych kłosów pszenicy, z palcami zaróżowionymi od soku podziemnych granatów, czerwonych jak krew, soczystych jak mord, słodkich jak zemsta.

***

Menady patrzyły na góry, na pola. Tylu Orfeuszów widziały leżących bez życia, że śmiały się i śmiały radośnie siedem dni i siedem nocy nad krwawą górą trupów: „Dzikie menady, piękne bachantki, niech wino zrosi wasze usta! Niech wpuści dusze was wszystkich do raju! Niech je położy między swoje święte kwiaty! Nigdy nie widziałem lepszych od was kobiet. Tak długoście bez wytchnienia spieszyły na pomoc potrzebującej, zdobyłyście dla Eurydyki wolność i spokój. Ziemia was żywiła na swoje szczęście. Ziemio helleńska, jesteś lubym krajem; w tym dniu najpyszniejsze uświetniło cię zwycięstwo! Piękne menady, dzikie bachantki, widzę oto, jak tańczycie dla mnie i mogę tylko się przyłączyć; niech Księżyc na was świeci, ona co nigdy nie skłamała. Eurydyko, siostro, teraz już możesz ruszać na wędrówkę z nami. Będziemy żyć z pieśnią na ustach, jak długo starczy tchu. Towarzyszki, weźmy się do bicia dalej!”.

***

Bitwa jest cudowna; staje się coraz zażartsza. Bachantki walą krzepko i wściekle. Przecinają pięści, boki, krzyże, przeszywają odzież do żywego ciała i krew płynie jasnym strumieniem po zielonej trawie.

***

Bitwa jest cudowna i wielka. Menady walą ciemnymi kopiami. Gdybyście widziały tyle cierpień, tylu Orfeuszy nieżywych, rannych, lutni połamanych! Leżą kupami, twarzą ku niebu, twarzą ku ziemi.

 

[“Pieśń o Rolandzie” w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego]