[content goes here]

Fanfik 1

Posted on: January 19, 2017

Najpierw była mała Gabrysia, która po prostu wyszła pewnego dnia z szafy, tego starego, miłego sprzętu, z włosami koloru mahoniowego drewna i silnymi, sękatymi rękami. Wywołało to pewną konsternację wśród spokojnych mieszkańców kamienicy przy znanej poznańskiej ulicy, szczególnie kiedy pan domu prawie potknął się o długą nogę nowoprzybyłej, niemal depcząc kłączaste paluszki.

Kontrolna lektura Pliniusza i “Zoologii” Arystotelesa szybko jednak ujawniła, że takie nagłe i tajemnicze pojawienia się dzieci nie były niczym niezwykłym: należało je raczej interpretować jako zapowiedź przyszłych, doniosłych wydarzeń.

(Tak też się stało, kiedy następnym tygodniu pani domu wreszcie zdobyła z dawna wyczekiwaną wersalkę do zielonego pokoju)

Rudowłosa driada rosła jak na drożdżach, chociaż szybko okazało się, że wbrew przypuszczeniom swoich opiekunów nie ma zamiaru żywić się słońcem i wodą, ale wymaga mleka, kaszek typu Milupa i bananów.

Przez jakiś czas w kamienicy przy znanej poznańskiej ulicy panowała błoga cisza, przerywana tylko niekiedy słodkimi szczebiotami Gabrysi, a także pojękiwaniami nieszczęsnego pana domu, który nie mógł powstrzymać się od twardych, prawdziwie męskich, jak u Marka Aureliusza, łez za każdym razem, kiedy łyżka bananowej Milupy lądowała mu na książce.

W zielonym pokoju na szafie stał rząd paprotek zielonych jak trucizna, pyszniących się tropikalnymi pióropuszami, które powiewały na letnim przeciągu jak mięsożerne orchidee. Ida wyszła z kwiatu jednej z tych paproci w obłokach pyłku i przy akompaniamencie kichnięć. Na początku była mała i wiotka, jak Calineczka, ale szybko urosła, utuczona na pożywnej diecie z błota i ropuch.

(Na ścianach, obok zasuszonych liści i rysunków drzew, pojawiły się ususzone żabie wnętrzności, które, zdaniem Pliniusza, pomagały na niestrawność i reumatyzm)

(Na początku Mila próbowała interweniować i ubierać małą Idę w sukieneczki, ale ta wolała spodenki z pajęczej nici i koszulki z gnijącego mchu)

Z kuchennego pieca co sobotę wychodziło ciepłe, drożdżowe ciasto, co wtorek kojąca strucla z kruszonką, a co czwartek porcja kruchych ciasteczek z lukrem, ale w pewien ciemny zimowy wieczór wypełzło z niego bulwiaste, zółtawe zwierzę na siedemnastu nibynóżkach, otoczone złotawym śluzem. Ida natychmiast je przygarnęła i nazwała Patrycją.

Mała szybko znalazła wygodny kątek w przedpokoju, gdzie z przędzonej przez siebie nici i żrącego płynu wydzielanego przez gruczoły położone na spodniej stronie szczękoczułek uwiła sobie kokon, wewnątrz którego, ku wielkiej uldze Mili, spędziła następne siedem lat.

(Tylko czasem słychać było w zielonym pokoju jakby mięsiste tupanie wielu nibynóżek, a myszy, rybiki i inne nieostrożne żyjątka znikały często w tajemniczych okolicznościach)

Życie w kamienicy toczyło się leniwie i spokojnie. Ignacy sprawdzał u Pliniusza, czy kokon nie wymaga regularnego nawadniania i jakichś specjalnych nawozów, a Mila zbudowała wokół niego półeczkę na buty. Gabrysia ciągle rosła, a jej mahoniowe włosy z wiekiem jakby sztywniały; wiotkiej jak Calineczka Idzie wyrastał właśnie ósmy rząd zębów.

(Pan domu w milczeniu zjadał piątkową szarlotkę)

Nikt nie umiał powiedzieć, skąd się wzięła Natalia. Któregoś dnia wyszła spomiędzy desek podłogi i zażądała natychmiast nowego wydania wierszy Apollinaire’a albo, jak utrzymywał zdruzgotany pan domu, wyłoniła się nagle zza firanki i wyrwała mu z rąk poezje Catullusa, świeże, zaledwie dwa razy czytane. Wielu sąsiadów przysięgłoby jednak, że widzieli ją w kamienicy już znacznie wcześniej: błysk oczu na ciemnym korytarzu w piwnicy, światło rudych jak krew włosów wieczorem na dachu, szelest krótkich spodenek na pustej klatce schodowej w południe.

Sama Natalia twierdziła, że była w mieszkaniu od zawsze: że jej obecność poprzedzała nawet pojawienie się tam Borejków, których w zasadzie uznawała za nielegalnych lokatorów. Jeśli jednak zgodzą się jej płacić czynsz w książkach i nowych wydaniach, oświadczyła zza rogu obrusa, przymknie oko na ich karygodne postępowanie i pozwoli im dalej mieszkać w kamienicy.

(Natalia upierała się też, że w Poznaniu mieszkała już, zanim osiedlili się tam ludzie, ale któż dawałby wiarę dziecku, które tyle czyta?)

Mila być może protestowałaby, ale dziwne stworzenie, Natalia, dało już nura między szpary w podłodze, a od strony kokonu dało się słyszeć podejrzane szmery i bzyczenie, musiała się więc pospiesznie oddalić w stronę przedpokoju.

Życie wśród miłych, starych sprzętów płynęło leniwie i spokojnie. Gałęzie filodendronu chwiały się na wietrze, z kuchni unosił się aromat smażonych traszek i jajecznicy z kiełbasą.

Advertisements

2 Responses to "Fanfik 1"

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: