[content goes here]

Fanfik 3 (w poszukiwaniu straconego ciała)

Posted on: January 22, 2017

Augusta Pomponilla wyruszyła w drogę, podpierając się żelaznym kosturem, tkając w przydrożnych oberżach damskie koszule z nici pokrzywowej i rozglądając się za Marią Meluzyną, która podobno latała gdzieś po pojezierzu, przemieniona w łabędzia razem z siedmiorgiem swoich rasowych pekińczyków.

Tutaj przypominała jej się idylliczna scena, gdy razem z Marią Meluzyną w jej warszawskim apartamencie, dwa pokoje na trzy osoby, osiem metrów bieżących francuskiej literatury i brzydkie kafelki w łazience, karmiła siedem pekińczyków, które w zasadzie spędzały większość swojego radosnego psiego życia na balkonie, biszkoptami z Carrefoura za trzy pięćdziesiąt paczka, rozmaczanymi w mleku UHT. Koty nie piją mleka, powiedziała Maria Meluzyna, wdzięcznie wydymając cienkie, blade usteczka, nie mogłabym mieć kota.

Ale to wszystko było dawno temu, z teraz Augusta Pomponilla, podpierając się żelaznym kosturem, szła pieszo gościńcem do Kołobrzegu, gdzie podobno ktoś widział jej piersi (albo sutki, albo paluszki: Augusta rada by była znaleźć najpierw te ostatnie, bo najbardziej jej ich brakowało, a żelazny kostur naprawdę ciężko niosło się bez palców. Maria Meluzyna, gdyby razem z siedmiorgiem prawdziwie rasowych pekińczyków, przemienionych w łabędzie, nie fruwała teraz po pojezierzach, również zamieniona w łabędzia, na pewno skomentowałaby żartobliwie, z typowym dla siebie lekkim poczuciem humoru, lekkim jak chmurka, jajko krogulca albo przycisk do papieru z pierza, że nie da się orzec, kto kogo tu podpiera: Augusta kostur, czy kostur Augustę, po czym obie zaśmiałyby się radośnie, a wszystkie siedem pekińczyków zaszczekało z werwą jak trzy tuziny szklanych dzwoneczków. Ale oczywiście Maria Meluzyna fruwała gdzieś nad pojezierzem, chociaż biorąc pod uwagę, ile minęło już czasu, równie dobrze mogła znajdować się gdzieś nad Adriatykiem albo w połowie drogi do Buchary, gdzie czekałaby na nią posada handlarki dywanów).

Więc Augusta powoli szła w stronę Kołobrzegu, przędąc po drodze pokrzywową nić, co było jednocześnie łatwiej i trudniej robić bez palców: łatwiej, bo pokrzywy strasznie przecież parzą palce, i trudniej, bo trudno jest przecież cokolwiek prząść bez palców. Ale nic nie mogłoby powstrzymać Augusty Pomponilli, nic nie było w stanie odwieść jej od przędzenia, tkania i powolnego stąpania w kierunku Kołobrzegu: tup, tup, tup gościńcem pełnym kurzu, bryczek zaprzężonych w samochody i krzykliwych stad łabędzi, z których żadne na pewno nie było przemienioną w łabędzie Marią i Meluzyną i jej pekińczykami, bo te na pewno znajdowały się już co najmniej w połowie drogi nad Adriatyk.

A zatem Augusta minęła po drodze Biłgoraj, który kojarzył jej się z Drohobyczem, Kutno, które przypominało jej parę rozklapcianych piersi, wyglądających jak dwa biszkopty z Carrefoura, które za długo moczyły się w mleku: tak długo, że nie zechcą ich nawet żarłoczne pekińczyki Marii Meluzyny: nawet najbardziej łakomy z nich, Rolmops. W Radomiu Augusta Pomponilla cały czas miała zamknięte oczy, bo obawiała się, z czym by się jej kojarzył, a przecież nie dało się go ominąć, idąc nad morze, do Kołobrzega, prosto z Paryża przez Wiedeń, Tarnopol i Kraków. W Czarnolesie wsiadła na krę wiślaną, którą chciała dopłynąć aż do Wrocławia, skąd tylko mały spacer dzieliłby ją od Kołobrzegu, ale tuż pod Warszawą kra stanęła w miejscu, przytrzymywana przez liczne wodorosty, szlam i śmieci, spowalniana zresztą już od wysokości Sierpca przez stopniowe gęstnienie wody, która pod Warszawą przypominała bardziej kaszkę mannę z wiśniami i szynką, za jaką dałby się pokroić najtłuściejszy z pekińczyków Marii Meluzyny – Rolmops: wielbiciel biszkoptów, spacerów i mleka, przy czym spacery wolał oczywiście obserwować z królewskich wyżyn alabastrowych ramion swojej pięknej pani.

Więc Augusta Pomponilla, nadal w poszukiwaniu piersi albo chociaż sutków, ale najlepiej paluszków, zmierzając do Kołobrzegu, gdzie podobno widział je jakiś antykwariusz, znajomy Marii Meluzyny, która w towarzystwie swoich siedmiu pekińczyków, wszyscy przemienieni w łabędzie, spędzała wakacje nad Adriatykiem, skoczyła prosto do wody, bo, jak wiadomo, co ma wisieć, nie utonie, a motylkiem szybciej dopłynie się do Szczecina, skąd morzem będzie można przedostać się do Kołobrzegu, do celu.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: