[content goes here]

Archive for February 2017

Niełatwo żyje się sześciorgu dzieciom i matce w niewielkiej wsi gdzieś pod Głogowem: z ojcem gdzieś za granicą, pustym kontem, przeciekającym dachem i całkowitym brakiem widoku na posag i ślubne podarki. Trzej synowie robili, co mogli: łatali dach, skarpetki i domowy budżet, sprzedając uzbierane borówki przy szosie, ale bez inkubatora przedsiębiorczości nie mieli szans na poważne inwestycje i rozwój. Trzy córki uczyły się pracowicie, zabijały dyktą dziury w podłodze i zalepiały tekturą pękające szyby w oknach: najstarsza z nich dorabiała na boku, rzucając uroki na mleczne krowy z sąsiedniej wsi. Matka, dawniej żona bogatego kupca, trudniła się wszystkim po trochu: pomagała w gospodarstwach bogatszych sąsiadów, brała rzeczy do prania, haftowała obrusy i zbierała gałązki opał w lesie: w czasie ferii zimowych zatrudniała się nawet na zastępstwo w pobliskiej kopalni węgla.

Na dłuższą metę nie dawało to jednak rady. Jak tylko dzieci zaczynały chorować, matka musiała zostawać w domu. Cała siódemka najgorzej wspominała wielką wiosenną epidemię odry, kiedy najstarsza córka w jedenastej klasie zaraziła się w szkole od nieszczepionej koleżanki.

Pewnego razu, gdy sześcioro dzieci leżało zgodnie na siennikach, pokasłując i chrapiąc, te starsze już prawie zdrowe, te młodsze jeszcze z gorączką, matka wymknęła się wieczorem do lasu, żeby nazbierać malin i jeżyn na domowy syrop. Z trudem w ciemności szła po wąskiej ścieżce: korzenie wyciągały po nią swoje zdradliwe kłącza, oplątując jej nogi, w oddali rozlegało się wycie wilków, a puszczyki pohukiwały między splątanymi gałęziami wiązów i olch, księżyc po raz znikał za strzępami chmur. Sama nie wiedziała, ile już tak idzie, gdy wtem ręka jej napotkała coś zimnego i twardego – i kiedy blask gwiazd padł na rozciągającą się przed nią polanę, ujrzała, że pod jej dłonią znalazła się żelazna furtka, poza którą rozpościera się najpiękniejszy w świecie wieczorny ogród, pachnący maciejką i wiśniami, ziołami i miętą, gdzie bujne krzewy aż uginają się od jagód i malin. Nie zastanawiając się wiele, weszła do środka, żeby nazbierać tyle owoców, ile tylko zmieści się do jej koszyka. Zdawało jej się, że pierwszy raz od lat sprzyjają jej gwiazdy, które jakby oświetlały jaśniej ścieżkę pod jej stopami, żeby nie potknęła się o białe kamienie.

Zamierzała już wyjść bramą i ruszyć w drogę do domu, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przed nią niewielkiego wzrostu postać, owinięta w ciemny płaszcz.

– Kradłaś z mojego ogrodu! – wysyczała spod kaptura. – Teraz będziesz musiała zapłacić straszliwą cenę.
– Wątpię, żebym miała czym – odpowiedziała matka, i była to prawda. – Ale możesz sprawdzić sama.
– Nie szkodzi. Nie pragnę pieniędzy! Ale musisz mi przyrzec, że oddasz mi pierwszą rzecz, jaką napotkasz po powrocie do domu.

Matka wiedziała, że wszystkie dzieci leżą chore, żadne z nich więc nie mogłoby wybiec jej naprzeciw. Mogła spodziewać się najwyżej jednego ze spłoszonych kurcząt albo swojego starego psa z wyliniałym futrem i wiernym pyszczkiem. Rozstanie z nim przeżyłaby oczywiście bardzo boleśnie, na wszelki więc wypadek powiedziała:
– Dobrze, ale najpierw daj mi słowo, że zapewnisz temu czemuś godziwe warunki zatrudnienia, trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy, trzy posiłki dziennie i dwukrotność pensji minimalnej.
– Co?
– Chodź, usiądź. Zaraz wszystko ci wytłumaczę – zachęciła spokojnie matka i zaczęła mówić o prawach pracowniczych, a owinięta płaszczem tajemnicza właścicielka ogrodu słuchała cierpliwie aż do świtu.

– Teraz muszę już iść, bo dzieci będą się martwić – stwierdziła matka, kiedy wreszcie zapadła cisza, a lesie dało się słyszeć cichy śpiew wilg i krogulców, a krzaki malin zaróżowiły się od pierwszych promieni słońca. – Ale masz moje słowo, że do wieczora przyprowadzę ci to, co spotkam jako pierwsze po powrocie do domu.
– Dobrze – odparła postać w płaszczu. – Będę tutaj czekać.

Matka bez trudu odnalazła drogę z powrotem. Szła żwawym krokiem: w międzyczasie w jej głowie narodził się prawdziwie podstępny plan. Bo chociaż w domu jej i jej dzieci panowała zasada równego podziału dóbr i całkowitej redystrybucji cukierków i czekolady, kierowanej przez centralny organ zarządzający kolektywem, a sercu jej bliskie były ideały maja, to rada by zobaczyć swoje córki jako wojowniczki-księgowe, z sakiewką za pazuchą i parą ostrych sztyletów, a swoich synów jako lekarzy-czarodziejów, w gabinetach pełnych antybiotyków, szczepionek i strzykawek z wywarem z alrauny. W zimowe popołudnia podążała śladem sennych marzeń o najstarszej córce, która zostawała wiedźmą i pierwszorzędną prawniczką: po długich studiach na Latającym Uniwersytecie, z profesjonalnie pomarszczoną kurzajką na lewym policzku przyjmowałaby klientów w siedzibie swojej kancelarii w domku na kurzej nóżce, do którego drogę wskazywałyby jednookie kruki. Szła więc do dzieci krętą leśną ścieżką, z koszem pełnym malin i niezwykle korzystną umową o pracę za pazuchą, ale myślami przebywała zupełnie gdzie indziej, na ciepłej bagnistej polanie wśród torfowisk, gdzie chatki z piernika wyrastały jedna za drugą, droga z okruszków prowadziła kupców i podróżnych z worami pełnymi mirry i opoponaksu, a zza wątłych liści nadgniłych wierzb jasno połyskiwał sznur prężnych światłowodów.

***

– Słuchajcie – powiedziała matka. – Obiecałam pewnej tajemniczej posiadaczce ziemskiej, że oddam jej pierwszą rzecz, jaką napotkam po powrocie do domu i zgodnie z tą obietnicą musiałabym dziś wieczorem przyprowadzić jej Filipę, naszą świnkę morską. W tym domu jednak – tu matka spojrzała znacząco na twarze wszystkich domowników, w tym koziołka Leona – wierzymy w równe szanse. Dlatego każde z was, które może już legalnie podjąć pracę i ma jeszcze wakacje, może wziąć udział w losowaniu. Wiem, jak zależy wam na dalszej nauce i pamiętam, że Jaś chciał terminować od przyszłego roku u szewca-zaklinacza.

Szczęśliwy los z pracą u tajemniczej nieznajomej wybrała Bella.

***

Bella miała siedemnaście lat, trochę krzywe nogi i piegi, a kiedy się opaliła, schodziła jej skóra z ramion i z nosa. Gdyby stać ją było na lepsze buty i bilet na kolej lotniczą, już dawno udałaby się do pewnego północnego portu, gdzie miał przebywać bogaty kupiec, dawniej mąż matki i została wytrawną złodziejką albo przynajmniej ojcobójczynią; niestety, dziury w zelówkach nie pozwalały jej zapuszczać się wiele dalej niż poza boisko szkolne, gdzie grało się w piłkę-niewidkę, dom z gumy i dwadzieścia kaloszy.

Poza tym wolała, kiedy wołano na nią Be.

***

Be nie miała wiele do spakowania: zawinęła w chustę ubrania na zmianę, pamiętnik i cienki notes z przepisami na trucizny na komary swojej starszej siostry, po namyśle dołożyła do tego jeszcze parę wełnianych majtek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy kobiecie zacznie być zimno w tyłek, a jest to najbardziej niegodna ze wszystkich niedogodności, jak powtarzała jej mądra, brodata babka, kiedy jeszcze żyła w swojej kamiennej wieży, w lepszych czasach handlu gumą arabską, ambrą i wschodnimi tkaninami, które jednak zupełnie ignorowała, poświęcając się całkowicie przędzeniu długich szarych nici w swoim czystym, przewiewnym pokoju.

Wychodząc z domu, pocałowała na pożegnanie matkę, siostry i braci, a potem pogłaskała koziołka Leona i świnkę morską Filipę, powtarzając im, że przecież nie odchodzi na zawsze, przysługują jej cztery tygodnie płatnego urlopu w roku, a pracować będzie tuż za lasem.