[content goes here]

Drzewa przyszły po ministra przed zmrokiem (fanfik 7)

Posted on: March 6, 2017

 

Pierwszy wspiął się po brązowej ścianie budynku cichy pęd bluszczu, osłaniany przez lipy i klony stojące od strony ulicy. Za tym szybko ruszyły następne: kłącza bluszczu i winorośli, kłębki jemioły i omdlewające gałązki powojów i klematisów, kolczaste pnącza róż i lepkie chmielu, a za nimi pszczeli zwiadowcy i trzmielowa awangarda, wspomagana przez motyle, których skrzydła rozcinały powietrze jak noże.

 

Kiedy mury zadrżały, w ścianach pojawiły się pierwsze rysy i szpary, a spomiędzy tynków i gipsów wyjrzały nieśmiało pierwsze gałązki olch i topoli, sękate ramiona wiązów podważyły parkiet, a okryte barwami wojennymi głogi wtargnęły do sali konferencyjnej, jasne było już, że za późno jest na ucieczkę.

 

W szturmie na gabinet ministra wzięła udział wyborowa kawaleria iglaków: sięgające nieba jodły, smukłe świerki i pradawne cisy, zielone jak trucizna, uginające się od ciężaru lśniących jagód. Smagane wiatrami i zaprawione w bojach sosny bez trudu wyważyły drzwi gałęziami powykręcanymi jak wnyki. W ariergardzie szły mchy, kaczeńce o mięsistych liściach, pozostawiające za sobą smużki błota z mętnych, cuchnących bagien i podstępna wilcza jagoda.

 

Przed bramą wyrósł nagle potężny dąb, którego żołędzie uderzyły z potężnym impetem w kruche szkło szyb. Modrzewie zakładały sidła z igieł w ciemnych, opuszczonych korytarzach. Szum brzóz i wierzb zagłuszał pełne przerażenia krzyki i wołania o pomoc, a podsekretarz stanu znieruchomiał bezradnie na wykładzinie z garściami baziów w ustach.

 

Minister siedział na swoim krześle skrępowany łańcuchami bluszczów i winorośli. Zastęp róż pnących wymachiwał groźnie ukwieconymi gałązkami.

– Czego chcecie? – zapytał, a w jego głosie słychać było butę myśliwego.

 

Drzewa zaszumiały i zatrzęsły się. Winorośl i bluszcz rozstąpiły się, żeby przepuścić starą, zbutwiałą wierzbę, prawie pustą w środku, z przegniłym pniem i korą ostrą i gorzką jak żal narzeczonych umarłych przed dniem zaślubin. Z każdym ruchem korzeni drewno Staruchy skrzypiało, jakby to teraz właśnie miało rozpaść się na tysiące wilgotnych wiórów. Jej liście niosły ze sobą zapach pleśni i śmierci, a w jej koronie powiewał zimny, ciężki wiatr, niosący bagienne opary.

 

– Nic wielkiego – powiedziała Wierzba-Starucha. – Od dzisiaj będziesz rosnąć z nami.

 

 

***

[Ten fanfik nigdy by nie powstał, gdybym nie przeczytała dzisiaj Uprooted Naomi Novik]

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: