[content goes here]

Kobieta jaką sobie wymarzył

Posted on: March 28, 2017

Od młodości powtarzał, że po stokroć od żywych kobiet, rozgadanych, spoconych i rozczochranych, woli te dwuwymiarowe: niezmienne, nieruchome, prawdziwe piękności. Kiedy ojciec pokazywał mu dziedziniec domu, pusty i cichy, i wspominał z tęsknotą okrzyki bawiących się dzieci, okrutnie stwierdzał, że weźmie ślub jedynie z najpiękniejszą Paryżanką z Knossos, z tajemniczą Mona Lisą z Nimrud i z żadną inną, której niefortunny grymas wykrzywi twarz, której delikatną bladość spali nieładnie słońce; na co ojciec docinał mu, że boi się kobiet.
Ale potem przestał w ogóle o tym myśleć: wokół było tylko bloków marmuru, czekających tylko, aż ktoś wydobędzie z nich zamknięte przez sekretne siły wulkanów piękne kobiety, kości słoniowej, wygiętej w delikatny łuk, jak smukła kibić albo miękkie udo, albo biodro, które należało jeszcze tylko trochę wygładzić. Miał o czym myśleć (o sobie: o tym, czego może dokonać, o tym, jak lekko alabaster poddaje się jego dłutom, o zwodniczej miękkości wapienia, o chłodzie kamieni, które trzymają w sobie zimne piękno, zawsze świeże, wiecznotrwałe: pewną ręką dodawał rzeźbom niebieskie jak lapis lazuli i czarne jak obsydian oczy, a spowijające je tkaniny malował w pyszne, kolorowe pasy).

Starał się nie myśleć o tym, co jest na zewnątrz: o kurzu, wietrze, pyle, brudnych stopach, zapachu spoconych kobiet, ludzkiej skóry, długich włosów, krzywych zębów nierządnic projtydzkich, nieświeżych owoców na targu, mokrej wełny i agory po deszczu.

Jego siostra śmiała się (okropnym, piskliwym głosem), że nie interesują go żywi: ale nie była to prawda. Z przyjaciółmi spotykał się wieczorami i dla ich towarzystwa znosił octowaty zapach taniego wina. Ale oni nie rżeli w prostackiej radości strasznymi, drażniącymi głosami, ale rzeźbili w słowach jak w kamieniu i przyjemnie było ich słuchać, kiedy powoli, pieczołowicie polerowali westchnienia, oddechy i pauzy. Prawie zapominał z nimi, co znajduje się poza jego pracownią, ale potem znowu wychodził na zewnątrz rano, na śmierdzące ulice pełne kurzu, gdzie wstrętne przekupki wrzeszczały zachryple, a służące wylewały na drogę brudną wodę. Widział się w świecie złotych kolumn i pomarańczowych portyków, oczu jak lapis lazuli i ust jak karneolowe paciorki z dalekich wschodnich krajów. Marzył o kariatydach, liściach laurowych i gładził w wyobraźni piersi tej jedynej, najpiękniejszej, niezrównanej, po której każda następna będzie tylko cieniem i echem. Ale jeszcze nie nadeszła pora: jeszcze nie była gotowa – jej obojczyki nie wznosiły się jeszcze stromą falą jak spienione bałwany na wybrzeżu Kourion, jej ramiona nie opadały bezwładnie jak wiotkie gałązki tamaryszku.
Czekało go wiele pracy: tymczasem szczerbata żebraczka szturchnęła go łokciem między żebra.

***

Pracował jak w transie: tak musiała czuć się Pytia, kiedy wierszem przepowiadała losy możnych – ze wzrokiem bystro skierowanym ku przyszłości, nieświadoma tego, co tuż przed nią. Wyobrażał sobie, że w końcu pocałuje – zimny, świeży, gładki kamień. Na jej twarzy będzie malować się zawsze ten sam zachwyt. Oczy, które sam pomalował w barwy lapis lazuli, nie przestaną na niego patrzeć z całą uwagą, na jaką zasługuje, nawet gdy on sam nie będzie już nic więcej widzieć. Wyobrażał sobie, że bogowie patrzą na niego z góry, Hefajstos z zazdrością, Atena z podziwem, Afrodyta z zachwytem i współczuciem. Myślał o wszystkich Orfeuszach tego świata, że może i budzą śpiewem kamienie i wprawiają je w taniec, ale nie są z nich w stanie wydobyć prawdziwego piękna. To potrafi tylko on, jego silne ręce, zwinne palce, pewny uścisk dłoni na dłucie.

***

W końcu o zachodzie słońca, którego ostatnie promienie ozłacały jej czarne loki, przyłożył delikatnie usta do jej ust. Na początku zdawało mu się, że są ciepłe albo przynajmniej nie zimne, ale szybko zrozumiał, że to tylko takie złudzenie. Resztki upału musiały ogrzać najpiękniejszą, która przecież cały czas stała naprzeciwko okna. Na wszelki wypadek pocałował ją jednak jeszcze raz: a wtedy zdarzyło się niemożliwe i Galatea wzięła głęboki wdech. Zamrugała szybko oczami i czarne jak antracyt rzęsy przesłoniły na chwilę jej niebieskie źrenice z lapis lazuli. Zasłoniła ręką idealnie okrągłe piersi: a jej ramię było wdzięczne i wiotkie jak gałąź oliwki.
Pomyślał sobie: jesteś nareszcie, moja cudowna, wymarzona, najpiękniejsza! Ale ona spojrzała tylko na niego i powiedziała:
– Przepraszam, ale chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
Zamarł.

– Najwyższa pora – ciągnęła dalej – bo zawsze chciałam biegać po lasach z bachantkami. Ciekawe, gdzie się podziewa Eurydyka o tej porze roku.

I wybiegła z pracowni, na brudną zakurzoną drogę, prosto w promienie zachodzącego słońca, które szybko ją przed nim ukryły, ale nie zanim zobaczył na jej czole wstrętną, och, wstrętną strużkę potu.

Zdawało mu się, że słyszy jeszcze, jak wzdycha, dziękując bogom, że uwolnili ją z lepkiego zamknięcia niechcianych dotyków: ale musiało mu się coś przesłyszeć.

To on ją przecież stworzył.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: