[content goes here]

Archive for September 2017

Chwytałam właśnie spadające gwiazdy dla mojej ukochanej, żebyśmy mogły razem podpalić parlament, kiedy podejrzany mężczyzna zaczął siłować się z księżycem. Mogliby przynajmniej nie robić tego publicznie, nad głowami wszystkich, pomyślałam sobie, kiedy od zakładania nelsona przeszli płynnie do pocałunków i widać w tym było wieloletnią wprawę. Co się głupio gapisz, wrzasnął na mnie podejrzany mężczyzna w bardzo niegrzecznym japońskim, gryząc księżyc w ucho, więc krzyknęłam mu, żeby mi spływał z horyzontu, jeśli tak mu zależy na prywatności. Księżyc wzdrygnął się od nagłego hałasu. Nic dziwnego: pracuje w nocy, więc na pewno przyzwyczajony jest do ciszy. I nie drzyj się księżycowi w ucho, dodałam złośliwie, na co podejrzany mężczyzna zlustrował mnie, moje spadające gwiazdy, a potem sieci i sidła, które przyszykowałam sobie z boku, i paskudnie zarechotał: hehe, hehe, hehe! Sama lepiej zajmij się swoją ukochaną, bo bardzo dobrze stąd widać, że porwały ją syreny z rzeki Warty!

 

Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie zaskoczyło: moja ukochana jest w pewnym sensie łatwym celem. Skupiona i skoncentrowana, myśli o pracy i wpada w dziury w chodniku albo, kontemplując miękkie, gruszkowate piersi, pisze o ssaniu paczki mrożonego kalafiora i lizaniu termometru w esemesie do mamusi. Więc samo porwanie w ogóle mnie nie zaskoczyło. Ale znowu, nie mogę zostawić ukochanej w lodowatych odmętach tej okropnej rzeki, aż obrośnie w algi, wodorosty i różne dziwne przedmioty, które mieszczanie chętnie wyrzucają do wody.

 

Czym prędzej ruszyłam więc w stronę Poznania. Wiatry mi sprzyjały i już godzinę później moja łódź dotarła do tego pięknego nadmorskiego portu. Zacumowałam przy nadbrzeżu, wzięłam plecak i wędkę i poszłam nad rzekę. Od razu wiadomo było, na czym polegał problem. Na powierzchni wody unosiły się tysiące syrenich piersi, okrągłych i owalnych, małych i dużych, wielkich i zupełnie płaskich, a na nich sutki we wszystkich kolorach tęczy, jak na martwej naturze flamandzkiego mistrza. Oczywiście, nie było w tym nic martwego, bo tuż pod piersiami były pozostałe części syren, ich ręce, zalotnie poprawiające włosy, odgarniające zaczepnie kosmyki z czoła i przesuwające pazurami po ramionach oraz  brzuchy, zmysłowo kręcące ogonami. W każdym razie, cała Warta była jedną wielką ławicą kuszących spojrzeń, pełnych bioder, wysuniętych języków i dołeczków, a nad powierzchnią wody rozlegały się dźwięki niemieckiej muzyki biesiadnej, ulubionej przez syreny.

 

Naszykowałam wędkę i wyciągnęłam z plecaka lodówkę turystyczną, w której ukryłam zapas jajecznicy z kiełbasą: jajecznica z kiełbasą jest bowiem najlepszą przynętą na syreny. Od razu muszę zastrzec: nie zbadałam tego sama, ale zaczerpnęłam z uważnych antropologiczno-meluzynologicznych pewnej poznańskiej autorki, która od lat obserwuje rodzinę syren mieszkającą w wilgotnych piwnicach jeżyckiej kamienicy. Jajecznica z kiełbasą ma być, tuż za ludzkim mięsem i pierogami ruskimi, ich ulubioną potrawą.

 

Zarzuciłam wędkę w głębiny Warty. Teraz pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że jajecznica wpadnie prosto do podwodnego syreniego salonu, między kordonkowe serwetki, pluszowe kanapy i kryształowe wazony. Nie wiedziałam jednak, czy moją ukochaną trzymały w jednym z takich pomieszczeń, wśród odziedziczonej po prababci porcelany, czy gdzieś indziej, przykutą łańcuchami do skały, jak Prometeusza i Andromedę: było to ze wszech miar prawdopodobne, bo wszyscy wiedzą, że syreny porywają piękne kobiety, żeby drapać je pazurami po ramionach, wiązać linami splecionymi z wodorostów, gryźć w uda i wkładać palce, gdzie tylko się da, a włosy ozdabiać ośćmi. Ciężki jest los schwytanej przez syreny! Nie chciałam, żeby moja ukochana musiała spędzać całą zimę na pieczołowitym wyczesywaniu rybich kości.

 

Pierwsza syrena złapała się już po kwadransie. Kiedy przeżuła jajecznicę, spojrzała na mnie z irytacją, ale nie mogła wrócić do wody, bo haczyk mojej wędki utkwił jej w podniebieniu. No dobrze, powiedziałam. Mam więcej jajecznicy, ale nie oddam jej za darmo.

 

Negocjacje nie trwały długo i już po chwili moja ukochana stanęła obok mnie na brzegu, w podartych ubraniach, przemarznięta, ale zadowolona. Owinęłam ją w kocyk, który zawsze noszę w plecaku, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będzie potrzebny, a potem wzięłam ją za rękę i poszłyśmy na pomidorową.

Advertisements