[content goes here]

Archive for the ‘author:RedHatJunJun’ Category

Kiedy Alicja znalazła się w Krainie Czarów, działy się tam rzeczy „zdziwne i zdziwniejsze” . A to stawała się olbrzymką, a to była wielkości krasnoludka, spotykała co rusz kuriozalne indywidua, których nie sposób było brać poważnie, jak np. Szalonego Kapelusznika i jego herbacianej posiadówki. Co Alicja zrobiła bądź powiedziała w Krainie Czarów zostawało w Krainie Czarów, a gdy się przebudziła, wracała do realnego życia, w którym musiała się dostosowywać do panujących reguł, a jako mała dziewczynka dyndała raczej na smutnym końcu łańcucha osób wydających polecenia innym. Poza tym na powrót była ulubioną towarzyszką zabaw niejakiego wielebnego Dodgsona, znanego jako Lewis Carroll, ale to nie ta notka.

Dość niedawno siedziałam ze znajomą w knajpce, sącząc rozwodniony sok. Weszłyśmy tylko na chwilę, bo obie miałyśmy coś do zrobienia. Po knajpce kręcił się jeden białas, z gatunku takich co to jak się zobaczy w ciemnej ulicy, to się ucieka z krzykiem. Pokręcił się, w końcu podszedł do naszego stolika i zapytał, czy może się dosiąść. Spojrzałyśmy po sobie bardzo niechętnie, ale widok pojedynczego człowieka z przewodnikiem i kartkami w ręku trochę zmiękczył nasze serca. No to się przysiadł, zamówił spaghetti i zaczął pytać. A co tu robimy, podróżujemy? Nie, nie podróżujemy, mieszkamy tutaj. Możemy udzielić wskazówek, co warto zobaczyć i jak się tam dostać. O, fajnie, super, świetnie, git i w ogóle. A co tu robimy? Koleżanka ma tu męża—Męża?? Co, ja też mam męża?? [kpiący uśmieszek] Yyy… [konsternacja]. Jakaś szybka zmiana tematu, a w ogóle to skąd jesteśmy? Z Polski. O, z Polski, git, jego dziadek, pradziadek, dziadek stryjeczny czy ktoś tam był z Polski [nasz rozmówca pokazuje tatuaż krzyża i coś mówi o Breslau], w ogóle wow, nasz angielski jest really good. Dalej przez półtorej godziny bawił nas różnymi dykteryjkami, m.in. opowieściami z podróży, w której podówczas był już od pół roku. Cała sytuacja była tak kuriozalna, że z wrażenia zapomniałyśmy, że miałyśmy wejść na szybki sok i zmykać. Dodatkowym lolkontentem był drugi białas, który ewidentnie chciał się dosiąść, ale jakaś walka rozegrana w umysłach dwóch samców musiała mieć miejsce, bo samiec alfa przy naszym stoliku się puszył, a ten drugi kulił nad swoim talerzem w swoim kącie. Nasz samiec alfa prężył makatkę na klacie i rozkoszował się wpatrzonymi dwiema samicami, niestety jedną zamężną, co mu ewidentnie nie przypadło do gustu. Zdawał się też nie zauważać, że jesteśmy wpatrzone w niego z gigantycznym niedowierzaniem, że coś takiego słyszymy. Z jego opowieści wyłaniał się obraz aroganckiego faceta, który w podróży jako umilacza czasu szuka darmowego seksu i kompletnie nie szanuje kobiet, od których ten seks dostaje. O swoim życiu w niemieckojęzycznej części Szwajcarii z dumą powiedział, że przez dziesięć lat mieszkania tam nie nauczył się ani słowa po niemiecku. Męża mojej koleżanki (mąż też się pojawił jako jedna z dramatis personae) obrażał raz po raz, a to robiąc zdjęcie pamiątkowe, na którym męża nie było w kadrze („Zobacz, haha, tak się robi zdjęcia, kiedy są dwie laski i kolo, haha”), a to gdy mąż nie nadążał z angielskim, mówił „cóż, jeśli to uczyni tę historię bardziej dla ciebie interesującą, to przyjmijmy, że tak było”. Mi się trafiła seksistowska uwaga, zareagowałam, w odpowiedzi usłyszałam, że gdybym go znała lepiej, to bym tego tak nie odebrała, a poza tym to powinnam, tak ogólnie, wyluzować. Przypuszczam, że gdybym była tak wyluzowana i chciała go bliżej poznać, pewnie atmosfera byłaby lżejsza, ale niestety, jedna zamężna z tubylcem, druga niezainteresowana jego umiejętnościami Króla Podrywu, tragedia białego mężczyzny.

Podczas tego tragikomicznego przygodnego spotkania, gdy nawzajem patrzyliśmy na siebie jak na kurioza, ale jeszcze nie z nieskrywaną niechęcią, jak w momencie pożegnania, padło takie zdanie z ust przyjezdnego: „Azja to taki wonderland, tu życie nie jest prawdziwe, no nawet spójrzcie, jem spaghetti w towarzystwie dwóch Polek w knajpie z dachem z liści bananowca”. Nie było sensu go informować, że w Azji, „w Azji” bo to jednak bardzo rozległy i zróżnicowany obszar i nie da się nic opisać w ten sposób, życie jest prawdziwsze, niż można to sobie wyobrazić zza biurka w Szwajcarii, gdzie zarabia się tyle, że można rzucić pracę, ruszyć w roczną podróż dookoła świata i zupełnie się nie martwić, co dalej.

„Wonderland” to taka zgrabna nazwa dla tego myślowego syfu, z jakim ludzie przyjeżdżają do „dalekich krajów”. Na szerszą skalę, być może wonderlandyzm przytrafia się także, kiedy ktoś jedzie parędziesiąt kilometrów dalej od swojego miejsca zamieszkania, a czując się spuszczonym ze smyczy, pozwala sobie na dużo więcej niż w miejscu, w którym funkcjonuje na co dzień.

Jednym z jaskrawszych przykładów wonderlandyzmu, i dramatycznej powszechności jego występowania, jest artykuł w ambitnym magazynie dla prawdziwych mężczyzn, Logo: (nieprawdziwi mężczyźni sięgają po Mamo, to ja albo w najgorszym razie National Geographic). Polecam zwrócić szczególną uwagę, jak chłopaki próbują się tłumaczyć, postawieni do kąta przez Magdalenę Środę. Trzeba jednak wspaniałomyślnie przyznać autorom stwierdzenia „Co się dzieje w Pattaya, zostaje w Pattaya”, że przynajmniej nie wspominali o pokrywaniu kobiet o ciemniejszym niż ich, autorów, kolorze skóry i nie zachwycali się żadnymi 12-letnimi czarodziejkami (być może Kydryński ma jednak coś wspólnego z Carrollem i byłoby to upodobanie do małych dziewczynek..?).

Wonderlandyzm dotyczy nie tylko białych mężczyzn, choć są chyba grupą, w której to schorzenie występuje najczęściej. Spotkałam się też z białymi kobietami, które patrząc na Chińczyków w pociągu, czują się stworzone do wyższych celów niż rzeczeni pasażerowie pociągu. Nie dalej jak bodajże 3 tygodnie temu jakiś Chińczyk (albo Singapurczyk, nie wnikałam) próbował ze mną nawiązać nić porozumienia, przedrzeźniając język innego państwa w Azji, na terenie którego przebywaliśmy.

Za mało się poprzyglądałam różnym przyjezdnym w Europie, jeden znajomy Kanadyjczyk, który się zapijał do nieprzytomności może być jednostkowym przypadkiem. No i w jego przypadku to mogło mieć związek z jego dziewczyną, zwierzał nam się, że skoro on jest w Europie a ona w Kanadzie, to nie musi golić okolic intymnych i może pić do woli i bardzo mu z tym dobrze. Ale już hordy Anglików znaczących teren w Krakowie, jakby byli czworonogami, które zazwyczaj wyprowadza się na spacer i one właśnie mają taką rozrywkę, że znaczą teren, a kto wyżej podniesie łapę, ten jest fajniejszy, to też jest wonderlandyzm. Przyjeżdżają do kraju, w którym jest taniej (czynnik ekonomiczny jest bardzo ważny w przypadku wonderlandyzmu, nie wyobrażam sobie hord Anglików zasikujących Singapur, ale może Singapur jako „fine city” to mało trafiony przykład), jest dość daleko, więc mama/dziewczyna/szef się nie dowiedzą, zaś w samczym gronie mogą się poczuć jak za dobrych jaskiniowych czasów. Bo tu jest wonderland, tu życie nie jest prawdziwe, tu wolno to, czego normalnie nie wolno.

Najczęstsze składowe wonderlandyzmu, które mogą, ale nie muszą występować jednocześnie

– poczucie wyższości, gdy przyjeżdża się do słabiej rozwiniętego kraju: Tu jest tak tanio! Wódka i papierosy za grosze! Bibka bibka bibka, żyć nie umierać! Czasem osoba o wrażliwym serduszku porozdaje pieniądze, słodycze, papierosy czy co tam im przyjdzie do głowy i uważa, że robi dobrze. Robi dobrze co najwyżej samemu sobie.

– fetyszyzacja i/lub absolutny brak szacunku dla kobiet z danego regionu (nie żeby brak szacunku dla kobiet w Azji czy Afryce przejawiał osobnik, który szczerze szanuje kobiety w swoim kręgu kulturowym, no ale gdyby jakiś kolo, a niedajborze beżowy lub ciemniejszy, ślinił się na widok wczesnonastoletniej córki Kydryńskiego, albo chociaż żony, to na pewno Kydryński, jako prawdziwy wojownik, co najmniej dałby takiemu w mordę). Mężczyźni też bywają obiektem seks turystyki, ale zdecydowanie rzadziej niż kobiety, też bywają fetyszyzowani. Na tapetę wzięłam jednak białych, deklarujących heteroseksualizm mężczyzn – najłatwiejszy cel.

– protekcjonalność w stosunku do miejscowych, traktowanie ich z wyższością, ale też rozczulanie się „jak oni sobie świetnie radzą mimo tej biedy!”. To też są komentarze typu „noo, Europejczyk to jednak potrzebuje zjeść coś bardziej urozmaiconego” – nie, nie ma jakiegoś europejskiego everymana o konkretnych upodobaniach kulinarnych.

– poczucie, że jest się „u siebie”. Albo co gorsza: poczucie, że skoro nie jest się u siebie to można sobie pozwolić na rzeczy, których „u siebie” by się nigdy nie robiło.

– gdy się przebywa dłużej brak chęci nauki miejscowego języka, ew. zatrzymanie się na poziomie wystarczającym do zamówienia jedzenia i zapytania „u mnie czy u ciebie?”

– noszenie lokalnych ubrań bądź ozdób bez żadnej wiedzy nt tego, co się nosi. Wskazane jest obnoszenie się z natchnioną miną (wersja dla szukających miłości na Bali wzorem bohaterki „Jedz, módl się, kochaj” tudzież oświecenia w aśramie w Pendżabie, jak to sugerował redaktor Orliński) albo z miną absolutnego buca, który jest panem na włościach. Naprawdę, trzeba się bardzo postarać, żeby w tradycyjnym stroju jakiejś kultury nie wyglądać jak pajac w przebraniu.

– wylegiwanie się w kurortach, w których pracownikami obsługi na najniższym szczeblu są miejscowi, zaś zarząd i właściciele to (najczęściej biali) ludzie z zewnątrz. Ludzie przyjeżdżają na dwa tygodnie na Goa, za co płacą astronomiczne sumy, sączą drinki na plaży, pójdą na imprezę z indyjskim disco i uważają, że Indie są piękne a ta bieda tam to przereklamowana. Ewentualnie polansują się na Bali, nie wiedząc do końca jakie to państwo „bo czy przypadkiem Bali to nie osobny kraj?” [autentyk z rozmowy], zjedzą pięknie udekorowane potrawy, które z tym, co się jada poza hotelami nie mają za wiele wspólnego. I sądzą, że byli i widzieli. Pokój hotelowy i basen.

Tak się zastanawiam, po co ludzie wyjeżdżają na drugi koniec świata, skoro chcą się poopalać na plaży i mieszkać w ładnym hotelu. Nie trzeba wydawać 10 tys. zł na wczasy, jeśli chce się pobyć w miejscu, jakich jest wszędzie pełno. Bo co za różnica między resort beach hotel 5 gwiazdek w Tajlandii, w Indonezji, na Malediwach czy w Chorwacji, Grecji, Hiszpanii? O Afryce Północnej nie wspominam, trochę będzie na ten temat w nadchodzącej notce o „lokalsach”. Czy poza czynnikiem lansu, że ktoś się opalał pod palmami na Seszelach a nie, dajmy na to, Majorki, jest inny powód? Jeśli już telepać się niemal całą dobę i znosić jet-lag to może lepiej zobaczyć i przeżyć coś unikatowego dla danego miejsca. Nie musi to być ekoturystyka w Heart of Borneo, ponad doba na statku w górę rzeki i mnóstwo niewygód nie każdemu muszą odpowiadać, nie każdy też może być dostatecznie zdrowy i nie musi przepadać za takimi eskapadami. Wystarczy świadoma/odpowiedzialna turystyka, trochę riserczu nt kraju i jego kultury zanim się na wyjazd zdecyduje. Nie jest tak, że to, co robi taka osoba wydająca krocie na wakacje w Tajlandii, to tylko wyłącznie jej sprawa, bo jej czas i jej pieniądze. Ich sprawa, jeśli pielą własne ogródki. Decydując się na taki rodzaj turystyki, jakim jest zaliczanie beach resortów i ewentualnie imprezowni typu Pattaya czy Kuta na Bali, ci ludzie wywierają ogromny wpływ i na ekonomię danego miejsca, ale także na to, jak są postrzegani przyjezdni. To dotyka wszystkich, i ludzi z danego regionu, i tych, którzy chcieliby ten region odwiedzić. Przykład? Bieda- turystyka. Przyjeżdża grupa ludzi, ewidentnie dobrze sytuowanych, ktoś ich zabiera w egzotykę egzotyki, creme de la creme oferty turystycznej: do miejsca, gdzie ludzie żyją za 1 dolara dziennie. I niby wszyscy są zadowoleni: turyści, bo „ojej, jak oni sobie radzą! Ojej, zaczynam doceniać, że nie żyję w takim miejscu i moje problemy są problemami pierwszego świata! A poza tym mam dobre serduszko, bo wspieram biednych!”; organizator takiej wycieczki, bo inkasuje za to niebagatelną sumę pieniędzy; dana uboga społeczność, która dostaje jakiś marny procent tego, co inkasuje organizator, a dodatkowo turysta o wrażliwym sercu też sypnie pieniądzem albo jakimś dobrem materialnym. Niektórzy mogą się nawet łudzić, że w ten sposób zwracają czyjąś uwagę na swoje problemy. W istocie jest to odrażający proceder, upokarzający dla wszystkich biorących w nim udział. Cyrk robienia sobie dobrze i zbierania opowieści do szampana, jak to ludzie żyją (jeśli ludzki pan powie „ludzie”), a jacy to oni nie są godni podziwu, że nie dość, że się nie bali tak w dzicz, to jeszcze okazali serce. Czekać tylko aż zakwitnie nowa forma tej rozrywki, „pomieszkaj jak biedak za 1 dolara na dzień”. Łoś udający bezdomnego już był, ludzie zaszywający się w klasztorach też, czemu więc nie połączyć tego i nie stworzyć nowej formy wypoczynku dla buców żądnych wrażeń. A miejscowi biedni jak byli biedni tak będą biedni, dodatkowo upokarzani tym, że traktuje się ich życie jak widowisko i chwilową odmianę widokową.

(Chwilowo gościnnie RedHatJunJun <3)

Całe dwa tygodnie, które spędzam w stolicy pewnego państwa w Azji, głównie się bujam po mieście. Zadanie, z którym przyjechałam, wymaga niewiele czasu w terenie, wobec czego o ile nie dopisuję, dodrukowuję, szukam adresów, etc. to szukam Internetu w publicznych miejscach. Głównie bujam się po centrach handlowych, pewniakami są też markety 7/eleven. Całkiem sporo miejsc ma „swój” wifi, ale z jakichś względów większość tych sieci nie jest kompatybilna z moim sprzętem, dlatego 7/ eleven to dobry wybór, bo tam zawsze jest biznet. W chwili, kiedy to piszę, jestem w restauracji, która posiada swój wifi, ale mój komputer się nie łączy i pewnie nie jest to kwestia mojego laptopa a właśnie sieci.

Te dwa tygodnie czuję się bardzo samotna. Większość czasu spędzam sama, chodząc z ciężką torbą (laptop, który jest grubości kilku MacBooków Air), z trudem poruszając się po zakorkowanym mieście. W restauracji jestem całkiem sama, wszystkie stoliki puste. Przypomina mi to scenę z tego strasznego filmu „Jedz, módl się, kochaj”, kiedy Julia Roberts je spaghetti czy coś w restauracji, wokół niej na placu same puste stoliki przykryte białymi obrusami. Też lubię jeść. Nie przeszkadza mi jedzenie samej, niemniej potęguje to poczucie osamotnienia w wielkim mieście. I jak wspomniałam, poruszanie się po nim.

Transport publiczny tutaj jest (to wcale nie takie oczywiste, ponieważ np. na Bali, często odwiedzanej przez turystów i znanej jako „raj na Ziemi” transport publiczny jest tak szczątkowy, że wręcz żaden) i działa całkiem sprawnie, tyle że trzeba się orientować. Typowy przyjezdny ma nikłe szanse, żeby z sukcesem korzystać z komunikacji miejskiej, gdyż autobusy i busiki nie zatrzymują się na przystankach (przystanki można traktować jako swego rodzaju wytyczne i punkty orientacyjne, ale ogólnie się nie stoi i nie czeka), kierowcy zaś mają sporą dowolność w wyborze trasy. Szczęśliwie trzymają się pewnych założeń, czyli autobus numer taki a taki jedzie w tym kierunku i powinien, tak, powinien ale to też nie jest stuprocentowo pewne, mijać takie a takie miejsce. Być może dlatego nie widuję żadnych przyjezdnych w autobusach. Poza prywatnymi autobusami i busikami jest jeszcze miejski autobus, który posiada wyznaczone przystanki i mapę, kilka tras i z grubsza można na nim polegać. Niestety nie dociera w wiele miejsc. Tam też nie widuję zbyt wielu przyjezdnych. Tutaj ludzie przeważnie poruszają się samochodami albo skuterami/motocyklami. Inne jest też pojęcie odległości.

Gdy studiowałam, z domu rodzinnego na uczelnię miałam ok. 25 minut na piechotę, komunikacją miejską oszczędzałam niewiele czasu ze względu na brak bezpośredniego połączenia, więc albo szłam na przystanek tramwajowy, jechałam jeden przystanek, szłam na przystanek autobusowy, podjeżdżałam dwa lub trzy przystanki, albo spod domu jechałam autobusem, jeśli akurat się trafił, a potem szłam na piechotę kawałek. Łącznie zazwyczaj potrzebowałam ok. 20 minut, dlatego częściej zwyczajnie chodziłam. Tu zaś odległość 500 m jest uznawana za „spory kawałek” i konieczny jest środek transportu. W moich kręgach towarzyskich to skuter bądź motocykl. Swego czasu nie zdałam egzaminu na prawo jazdy i myślę, że całkiem słusznie. Niestety w związku z tym do tej pory jestem zdana na własne nogi, transport publiczny lub osoby zmotoryzowane chętne mnie gdzieś zabrać. Chyba to właśnie ta niemożność swobodnego poruszania w połączeniu z nieznajomością miasta i jego nieprzystosowaniem dla pieszych potęgują moje poczucie osamotnienia.

Lekiem na samotność jest Internet. Tutaj w domach ludzie raczej nie mają łącza i krajobraz przypomina mi trochę Warszawę sprzed kilkunastu lat, kiedy co rusz była kafejka internetowa. Gdybym była gdzieś w Europie, powiedzmy w większym mieście, pewnie bym siedziała zaszyta w domu, przyklejona do laptopa i zamawiała pizzę, od czasu do czasu wychodząc „po bułki” do lokalnego supermarketu, gdzie absolutnie nikt by na mnie nie zwracał uwagi. Ale nie jestem gdzieś w Europie tylko gdzieś w Azji i mimo, iż jestem w jednym z największych miast tego kraju, to muszę się wynurzyć z domu, spędzić mnóstwo czasu próbując się gdzieś dostać i dopiero wtedy mogę mentalnie pobyć gdzie indziej.

W związku z tym zaczynam mieć pewne rozeznanie w temacie. Wiem, że w Starbucksie nie ma ani dobrej kawy ani dobrego jedzenia, cena tego, co tam serwują wielokrotnie przewyższa ceny korzystania z jakiejkolwiek kafejki internetowej, za to jest jakiś komfort. Doceniam klimatyzację i brak tłumów dzieci w wieku od przedszkola do liceum, które zaglądają mi przez ramię albo krzyczą w niebogłosy, grając w jakieś strzelanki. Po jedzeniu w Burger Kingu nie czułam się tak źle, jak się tego spodziewałam, poza tym przypomniały mi się stare dobre czasy, dawno temu, gdy moje troski były podstawówkowe a w mieście mego pochodzenia naprzeciwko siebie był Burger King i McDonald’s i okazjonalny hamburger z frytkami były frajdą i rarytasem. Poza tym teraz w Burger Kingu można kupić colę w formie sorbetu. O ile jest na wynos, jest fajna. Najlepszym spotem jest 7/eleven, bo można tam kupić wszystko, łącznie z podpaskami w razie sytuacji awaryjnej, poza tym mogę się poczuć prawie jak w Japonii. I lubię tamtejszą samoobsługę. Za to jedzenie jest tak fatalne, że tego hot doga (udekorowanego własnoręcznie) jeszcze długo nie zapomnę, ku przestrodze.

Sieci zazwyczaj są hasłowane i albo jest to interfejs z loginem i hasłem albo przy łączeniu się z siecią trzeba od razu podać hasło. Zdarzyło się hasło banalne, związane z nazwą kawiarni, zdarzyło się hasło wielocyfrowe, zdarzyło się hasło „smażony ryż” w kawiarni serwującej, cóż, poza wyborem kaw także smażony ryż. Zdarzyło mi się też być w Starbucksie, który miał własną szwankującą sieć, a że już tam się usadowiłam z obrzydliwym blended cream, polecono mi zasysać sygnał z McDonaldsa znajdującego się dwa piętra wyżej. Hasło brzmiało „cheeseburger”.

Po bardzo długim czasie, odkąd po raz pierwszy postała mi w głowie myśl, by pisać bloga, ale nie bardzo mi się chciało ani nie bardzo wiedziałam, w jakim celu miałabym to robić, z nadmiaru czasu w klimatyzowanych galeriach handlowych powstała właśnie pierwsza notka.