[content goes here]

Archive for the ‘author:RunSendaiRun’ Category

Słodkie lata kondycji lumpenproletariackiej minęły jak złoty sen, jak marzenie motyla, jak babie lato i matka Heleny wydała się za mąż kolejno za producenta meloników z poważnymi problemami gastrycznymi, projektanta budynków gospodarczych, którego dręczyły straszne bóle głowy, fabrykanta wody sodowej cierpiącego na podagrę, która okazała się czymś znacznie poważniejszym, a wreszcie właściciela kopalni papieru toaletowego.

Praca w szpitalu zawsze jest dobrym wyborem dla kobiety, powtarzała matka Helenie już od dzieciństwa i, jak widać, miała swoje powody. Była na miejscu pierwsza, żeby dowiedzieć się o chorobach żon, ciotek, kuzynów, mężów, a potem o ich śmierciach, kiedy się zdarzały. Kobieta najlepiej wygląda w białym fartuchu, zwłaszcza, jeśli trochę poplamiony jest krwią, opowiadała Helenie, kiedy ta miała jedenaście lat, a sama zajęta była praniem czepka. Kobieta najpiękniej się uśmiecha, kiedy para się przedsiębiorczością, wyjaśniała cierpliwie Helenie, dokonując skomplikowanych operacji kredytowych, inwestycji i przejęć, mających na celu zapewnienie jej najważniejszych serii zabiegów kosmetycznych, zakupów we właściwych butikach i nieskończonej parady wygodnych, ale seksownych butów.

No więc matka Heleny została żoną właściciela kopalni papieru toaletowego: ten pożądany i rzadki towar w okolicy wydobywali tylko górnicy i górniczki w dwóch kopalniach: Iskra i Pożar, ale cały urobek z Iskry szedł na eksport za Watowe Góry, a połowa papieru z Pożaru wymieniana była w Jelitkowie na szkatułki i parawany niezbędne do funkcjonowania miejscowej gospodarki rybnej.

Matka Heleny wydała się za właściela kopalni i tak naprawdę w życiu Heleny bardzo niewiele się zmieniło, bo już małżeństwo z fabrykantem wody sodowej spowodowało liczne i gwałtowne transformacje w regularności przelewów i ich wysokości, ale też już od związku z projektantem budynków gospodarczych, zaangażowanym we wsi na okres siedmiu lat przy budowie dwunastu zbiorników wodnych na ryby hodowlane, niby-ryby, pseudo-ryby i ryby lądowe, stanowiące ostatecznie podstawę miejscowej gospodarki, Helena pożegnała się ostatecznie z kondycją prekarną. Nagle wszystko się ustabilizowało: opłaty za studia, podatek od morowego powietrza i zamówienia pocztowe przesyłane na bieżąco. Helena musiała uczyć się wszystkiego od nowa, bo jej dzieciństwo wyglądało przecież zupełnie inaczej, spędzone wśród górników, spoconych i śmierdzących surowym papierem, kaszlących od papy, która pod ziemią dostawała im się do płuc i nieustannie umazani na szarobiało.

W pewnym sensie życie Heleny wypłynęło wtedy na powierzchnię. A potem przyszło babie lato, marzenie motyla, popołudniowa drzemka, krótki sen przelotnych znajomości z gośćmi miejscowego zajazdu, którzy przyjeżdżali na chwilę, sprawdzić coś albo zabrać, albo dostarczyć, żeby zaraz potem zniknąć w tumanach mułu i wodorostów.

Ale Helena nie narzekała: przynajmniej nie kaleczyła sobie ciągle palców przy szyciu meloników, co było wcześniejszym etapem jej drogi przez kondycję prekarną do stanu odpowiadającego zakończeniom bajek, które nawet w dzieciństwie, kiedy jej matka w białym kitlu tłumaczyła jej, co to znaczy być kobietą, wydawały się jakieś podejrzane.

Po babim lecie przychodzi jesień: drzewa uginają się pod ciężarem tłustego ptactwa, owoców i homarów.

Helena ugryzła jabłko.

W pierwszej kolejności niech Dziecko włoży do garnka kostkę masła (nie margaryny! Masło ma więcej cholesterolu: pięknej, zabójczej substancji), cztery łyżki mleka, cztery łyżki kakao, półtorej szklanki cukru (choć chłopięce łzy będą równie słodkie), a potem jeszcze szczyptę piołunu, garść wilczych jagód, pół butelki dziegciu i kwartę cykuty.
Potem niech wszystko się zagotuje, aż zacznie porządnie bulgotać. Dziecko powinno uważać, żeby pomieszczenie kuchenne było naprawdę przewiewne, jeśli chce w stanie osiągniętym przez swego przodka, homo erectusa, dotrwać do końca przepisu.
Kiedy masa będzie gotowa, niech Dziecko zdejmie ją z gazu i odleje pół szklanki (to na polewę, do której Dziecko doda wywar z pestek moreli) i odstawi do ostudzenia, pamiętając koniecznie o dodaniu opiłków ołowiu i kilku dobrze naostrzonych żyletek.
Następnie proszę oddzielić uważnie cztery białka od czterech żółtek (autorka przepisu sugeruje użycie jajek bazyliszka. Jeśli jednak Dziecko nie dysponuje takimi jajkami albo zostało zmuszone do improwizacji na ostatnią chwilę, kukułcze jaja nadadzą się równie dobrze) i te pierwsze ubić na sztywną pianę, a te drugie dodać do masy czekoladowej. Lekko zielonkawy odcień białek nie powinien być niczym nadzwyczajnym, podobnie jak delikatny aromat siarkowodoru.
Na koniec niech Dziecko wmiesza do masy jeszcze półtorej szklanki igieł do haftowania i obciętych paznokci, trutkę na szczury, proszek na mole i skórkę otartą z jednego mężczyzny, a potem niech wszystko to połączy delikatnie z pianą z białek bazyliszka. Tak przygotowane ciasto można wkładać śmiało do pieca. Jeśli nie będzie tortownicy, Dziecko nie powinno się martwić. Nie trzeba też zawracać głowy sąsiadom. Wystarczy tylko użyć pustego czerepu jakiegoś natrętnego mężczyzny (przed pieczeniem należy go dokładnie umyć – najpierw mężczyznę, potem czerep, a przed wlaniem doń ciasta porządnie wysmarować zabójczym masłem).
Po godzinie w piekarniku, kiedy już kuchnia wypełni się słodką wonią śmierci, trucizny i czekolady, niech Dziecko wyjmie uważnie tort na stół, przestudzi go, cały czas wietrząc starannie kuchnię i chroniąc oczy przed szkodliwym działaniem toksycznych oparów, i przełoży trzema warstwami łez mężczyzn, których wykluczają żeńskie końcówki.
Tak przygotowane ciasto należy jeszcze dokładnie oblać masą czekoladową – zwłaszcza na wszystkich co ostrzejszych wybrzuszeniach i wypukłościach, żeby dobrze ukryć żyletki.
Można jeszcze udekorować wierzch tortu krwawymi kurczęcymi sercami, symbolizującymi serca naszych wrogów, których chcemy widzieć w owocowym sadzie króla Asurbanipala (ta wersja dekoracji nie jest polecana dla Dziecka, które jest młodą weganką).
Teraz Dziecko może już nakrywać do stołu. Przed podaniem ciasto warto delikatnie skropić litrem wody różanej, żeby ukryć zapach (autorka rekomenduje również poproszenie przyjaciółki o alibi, zanim jeszcze zabierzecie się do pieczenia).

Bez wdawania się w przesadne mamlanie!

Oczywiście nie mam pojęcia o historii ogólnie, a już średniowiecza w szczególności, ale oczywiście słyszałam o pięknej konwersji Chazarów, których wyobrażam sobie od zawsze jako ludzi wybitnie racjonalnych, chytrych i podstępnych
(to komplement)
(proszę nie rozwiewać moich złudzeń rzeczami tak zbędnymi jak szczegółowe informacje!)
jednak moja ostatnia lektura prokrastynacyjna wzbudziła we mnie prawdziwy podziw i głęboką miłość do bezimiennego chytrego i podstępnego kagana, który jak nikt inny wcześniej i później rozegrał przeciw sobie trawionych wzajemną nienawiścią religionistów. To, co zrobił, było genialne w swojej prostocie, wspaniałe i nadal zasługuje na szacunek: takich właśnie bohaterów potrzeba nam w tych trudnych czasach:

Remarkably, a copy of the khagan’s reply to this letter survives, with the Khazar ruler explaining his tribe’s conversion to Judaism. The decision to convert, wrote the khagan, was the result of the great wisdom of one of his predecessors, who had brought delegations presenting different faiths to present the case for each. Having pondered how to best established the facts, the ruler had asked the Christians whether Islam or Judaism was the better faith; when they replied that the former was certainly worse than the latter, he asked the Muslims whether Christianity or Judaism was preferable. When they lambasted Christianity and also replied that Judaism was the less bad of the two, the Khazar ruler announced that he had reached a conclusion: both had admitted that ‘the religion of the Israelites is better’, he declared, so ‘trusting in the mercies of God and the power of the Almighty, I choose the religion of Israel, that is, the religion of Abraham’.[P. Frankopan: The Silk Roads: A New History of the World, p. 112]

Nawet, jeśli wierzyć skrajnym sceptykom, podważającym całą tradycję i ignorującym monety z Mojżeszem: ktokolwiek napisał, jak przechytrzyć religijnych nienawistników, musiał być bardzo mądrym człowiekiem.

Lubimy (generyczne, bezosobowe my) pisać, że w Polsce nastało średniowiecze, a rządy ponury mężczyzn w błyszczących ornatach cofnęły nas głęboko w przeszłość. Zawsze zastanawiam się, skąd biorą się takie szacunki i jak dokładnie policzyć słoje drzew, żeby dowiedzieć, ile dokładnie lat przeszliśmy z powrotem w stronę wielkiego wybuchu
(oczywiście, za wszystkim stoi tylko powszechne skojarzenie ze średniowieczem jako wiekami ciemnymi, co jest jednocześnie dyskusyjne i jednocześnie nie, ale też dużo mniej interesujące, niż perspektywa wykorzystywania Polski jako wehikułu czasu – i czy możemy przenieść się wreszcie w 2017 przed naszą erą? Pozdrawiam, gorąco zainteresowana)
a ile po prostu staliśmy w miejscu, aż to miejsce, znudzone naszymi skwaszonymi minami i smrodem gotowanej kapusty
(no, dajcie spokój, nie ma czego bronić, same wiecie)
postanowiło trochę odsunąć się na bok, żeby nie wyglądać jak znajoma tych dziwnych ludzi.

Ale wracając do tematu
(który oczywiście jest bardziej złożony, niż mogę pokazać z króciutkim tekście nudnej obsesjonatki z internetów, której nikt nie czyta; dłuższy nawet, niż by się dało to streścić w moim własnych godzinnym monologu, wspieranym prezentacją bibliograficzną w PowerPoincie. Więc proszę, nie ignorujcie złożoności problemu, kiedy pomijam ją dla zaimplementowania wyższego poziomu czytelności/czytalności)
wracając do tematu, nie wiem, czy nie jeden człowiek średniowiecza nie zrobiłby wielkich oczu, słuchając, co mają kobietom do powiedzenia mężczyźni, których nazwiska litościwie przemilczę, bo przecież nie warto ich przypominać.

W pierwszej połowie XIV wieku gdzieś we Francji anonimowy autor wkłada w usta pozytywnego bohatera swojego romansu następującą kwestię:

Zachowywaliśmy się bardziej podle niż dzikie zwierzęta i ptaki, którym nie dana jest władza rozumu. Wszelkie samce zwierząt i ptaków traktują swoje samiczki z szacunkiem – nie zmuszają ich siłą do spełniania swych lubieżnych żądań. Ale (…) my, którzy obdarzeni zostaliśmy błogosławieństwem rozumu, najszlachetniejsze stworzenia Pana naszego, Boga, zachowaliśmy się bardziej niegodnie, niż najpodlejsze z istot zapełniających ziemię. Kiedy Natura kazała wszystkim stworzeniom rozmnażać się, spółkując, jej pragnieniem było, mężczyzna, choć większy i silniejszy, traktował kobietę z szacunkiem jako równą sobie, choćby miałaby być mu posłuszna. W tym celu Natura ustanowiła najszlachetniejszą z zasad: że kobieta ma prawo sama rozporządzać swoim ciałem, a mężczyźnie nie wolno używać przeciw niej przemocy. I żeby ochronić wolność kobiety, Natura wprowadziła prawo zgody.

[(…) we’ve been behaving more basely than beasts and birds who are not endowed with the power of reason. All male animals and birds treat their females with respect – they don’t force their lustful will upon them! But (…) we who are supposed to be blessed with reason, the noblest creatures the Sovereign God has made, have behaved more basely than the lowest things that copulate on Earth! When the god of Nature made all the creatures that procreate by coupling, his wish was that, although the female should be obedient to the male and the male should be the stronger and more imposing, the male shouldn’t treat the female with disrespect or contempt but should honour her as his equal. And so the god of Nature established this most noble condition: that the female should have the rule of her own body, and the male should not use force against her will. And to ensure the female’s freedom, the god of Nature instituted safeguard known as consent. — 2011: 80 in Perceforest. The Prehistory of King Arthur’s Britain, trans. Nigel Bryant]

To ile lat jesteście w przeszłości, Polacy?

 

Pierwszy wspiął się po brązowej ścianie budynku cichy pęd bluszczu, osłaniany przez lipy i klony stojące od strony ulicy. Za tym szybko ruszyły następne: kłącza bluszczu i winorośli, kłębki jemioły i omdlewające gałązki powojów i klematisów, kolczaste pnącza róż i lepkie chmielu, a za nimi pszczeli zwiadowcy i trzmielowa awangarda, wspomagana przez motyle, których skrzydła rozcinały powietrze jak noże.

 

Kiedy mury zadrżały, w ścianach pojawiły się pierwsze rysy i szpary, a spomiędzy tynków i gipsów wyjrzały nieśmiało pierwsze gałązki olch i topoli, sękate ramiona wiązów podważyły parkiet, a okryte barwami wojennymi głogi wtargnęły do sali konferencyjnej, jasne było już, że za późno jest na ucieczkę.

 

W szturmie na gabinet ministra wzięła udział wyborowa kawaleria iglaków: sięgające nieba jodły, smukłe świerki i pradawne cisy, zielone jak trucizna, uginające się od ciężaru lśniących jagód. Smagane wiatrami i zaprawione w bojach sosny bez trudu wyważyły drzwi gałęziami powykręcanymi jak wnyki. W ariergardzie szły mchy, kaczeńce o mięsistych liściach, pozostawiające za sobą smużki błota z mętnych, cuchnących bagien i podstępna wilcza jagoda.

 

Przed bramą wyrósł nagle potężny dąb, którego żołędzie uderzyły z potężnym impetem w kruche szkło szyb. Modrzewie zakładały sidła z igieł w ciemnych, opuszczonych korytarzach. Szum brzóz i wierzb zagłuszał pełne przerażenia krzyki i wołania o pomoc, a podsekretarz stanu znieruchomiał bezradnie na wykładzinie z garściami baziów w ustach.

 

Minister siedział na swoim krześle skrępowany łańcuchami bluszczów i winorośli. Zastęp róż pnących wymachiwał groźnie ukwieconymi gałązkami.

– Czego chcecie? – zapytał, a w jego głosie słychać było butę myśliwego.

 

Drzewa zaszumiały i zatrzęsły się. Winorośl i bluszcz rozstąpiły się, żeby przepuścić starą, zbutwiałą wierzbę, prawie pustą w środku, z przegniłym pniem i korą ostrą i gorzką jak żal narzeczonych umarłych przed dniem zaślubin. Z każdym ruchem korzeni drewno Staruchy skrzypiało, jakby to teraz właśnie miało rozpaść się na tysiące wilgotnych wiórów. Jej liście niosły ze sobą zapach pleśni i śmierci, a w jej koronie powiewał zimny, ciężki wiatr, niosący bagienne opary.

 

– Nic wielkiego – powiedziała Wierzba-Starucha. – Od dzisiaj będziesz rosnąć z nami.

 

 

***

[Ten fanfik nigdy by nie powstał, gdybym nie przeczytała dzisiaj Uprooted Naomi Novik]

Niełatwo żyje się sześciorgu dzieciom i matce w niewielkiej wsi gdzieś pod Głogowem: z ojcem gdzieś za granicą, pustym kontem, przeciekającym dachem i całkowitym brakiem widoku na posag i ślubne podarki. Trzej synowie robili, co mogli: łatali dach, skarpetki i domowy budżet, sprzedając uzbierane borówki przy szosie, ale bez inkubatora przedsiębiorczości nie mieli szans na poważne inwestycje i rozwój. Trzy córki uczyły się pracowicie, zabijały dyktą dziury w podłodze i zalepiały tekturą pękające szyby w oknach: najstarsza z nich dorabiała na boku, rzucając uroki na mleczne krowy z sąsiedniej wsi. Matka, dawniej żona bogatego kupca, trudniła się wszystkim po trochu: pomagała w gospodarstwach bogatszych sąsiadów, brała rzeczy do prania, haftowała obrusy i zbierała gałązki opał w lesie: w czasie ferii zimowych zatrudniała się nawet na zastępstwo w pobliskiej kopalni węgla.

Na dłuższą metę nie dawało to jednak rady. Jak tylko dzieci zaczynały chorować, matka musiała zostawać w domu. Cała siódemka najgorzej wspominała wielką wiosenną epidemię odry, kiedy najstarsza córka w jedenastej klasie zaraziła się w szkole od nieszczepionej koleżanki.

Pewnego razu, gdy sześcioro dzieci leżało zgodnie na siennikach, pokasłując i chrapiąc, te starsze już prawie zdrowe, te młodsze jeszcze z gorączką, matka wymknęła się wieczorem do lasu, żeby nazbierać malin i jeżyn na domowy syrop. Z trudem w ciemności szła po wąskiej ścieżce: korzenie wyciągały po nią swoje zdradliwe kłącza, oplątując jej nogi, w oddali rozlegało się wycie wilków, a puszczyki pohukiwały między splątanymi gałęziami wiązów i olch, księżyc po raz znikał za strzępami chmur. Sama nie wiedziała, ile już tak idzie, gdy wtem ręka jej napotkała coś zimnego i twardego – i kiedy blask gwiazd padł na rozciągającą się przed nią polanę, ujrzała, że pod jej dłonią znalazła się żelazna furtka, poza którą rozpościera się najpiękniejszy w świecie wieczorny ogród, pachnący maciejką i wiśniami, ziołami i miętą, gdzie bujne krzewy aż uginają się od jagód i malin. Nie zastanawiając się wiele, weszła do środka, żeby nazbierać tyle owoców, ile tylko zmieści się do jej koszyka. Zdawało jej się, że pierwszy raz od lat sprzyjają jej gwiazdy, które jakby oświetlały jaśniej ścieżkę pod jej stopami, żeby nie potknęła się o białe kamienie.

Zamierzała już wyjść bramą i ruszyć w drogę do domu, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przed nią niewielkiego wzrostu postać, owinięta w ciemny płaszcz.

– Kradłaś z mojego ogrodu! – wysyczała spod kaptura. – Teraz będziesz musiała zapłacić straszliwą cenę.
– Wątpię, żebym miała czym – odpowiedziała matka, i była to prawda. – Ale możesz sprawdzić sama.
– Nie szkodzi. Nie pragnę pieniędzy! Ale musisz mi przyrzec, że oddasz mi pierwszą rzecz, jaką napotkasz po powrocie do domu.

Matka wiedziała, że wszystkie dzieci leżą chore, żadne z nich więc nie mogłoby wybiec jej naprzeciw. Mogła spodziewać się najwyżej jednego ze spłoszonych kurcząt albo swojego starego psa z wyliniałym futrem i wiernym pyszczkiem. Rozstanie z nim przeżyłaby oczywiście bardzo boleśnie, na wszelki więc wypadek powiedziała:
– Dobrze, ale najpierw daj mi słowo, że zapewnisz temu czemuś godziwe warunki zatrudnienia, trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy, trzy posiłki dziennie i dwukrotność pensji minimalnej.
– Co?
– Chodź, usiądź. Zaraz wszystko ci wytłumaczę – zachęciła spokojnie matka i zaczęła mówić o prawach pracowniczych, a owinięta płaszczem tajemnicza właścicielka ogrodu słuchała cierpliwie aż do świtu.

– Teraz muszę już iść, bo dzieci będą się martwić – stwierdziła matka, kiedy wreszcie zapadła cisza, a lesie dało się słyszeć cichy śpiew wilg i krogulców, a krzaki malin zaróżowiły się od pierwszych promieni słońca. – Ale masz moje słowo, że do wieczora przyprowadzę ci to, co spotkam jako pierwsze po powrocie do domu.
– Dobrze – odparła postać w płaszczu. – Będę tutaj czekać.

Matka bez trudu odnalazła drogę z powrotem. Szła żwawym krokiem: w międzyczasie w jej głowie narodził się prawdziwie podstępny plan. Bo chociaż w domu jej i jej dzieci panowała zasada równego podziału dóbr i całkowitej redystrybucji cukierków i czekolady, kierowanej przez centralny organ zarządzający kolektywem, a sercu jej bliskie były ideały maja, to rada by zobaczyć swoje córki jako wojowniczki-księgowe, z sakiewką za pazuchą i parą ostrych sztyletów, a swoich synów jako lekarzy-czarodziejów, w gabinetach pełnych antybiotyków, szczepionek i strzykawek z wywarem z alrauny. W zimowe popołudnia podążała śladem sennych marzeń o najstarszej córce, która zostawała wiedźmą i pierwszorzędną prawniczką: po długich studiach na Latającym Uniwersytecie, z profesjonalnie pomarszczoną kurzajką na lewym policzku przyjmowałaby klientów w siedzibie swojej kancelarii w domku na kurzej nóżce, do którego drogę wskazywałyby jednookie kruki. Szła więc do dzieci krętą leśną ścieżką, z koszem pełnym malin i niezwykle korzystną umową o pracę za pazuchą, ale myślami przebywała zupełnie gdzie indziej, na ciepłej bagnistej polanie wśród torfowisk, gdzie chatki z piernika wyrastały jedna za drugą, droga z okruszków prowadziła kupców i podróżnych z worami pełnymi mirry i opoponaksu, a zza wątłych liści nadgniłych wierzb jasno połyskiwał sznur prężnych światłowodów.

***

– Słuchajcie – powiedziała matka. – Obiecałam pewnej tajemniczej posiadaczce ziemskiej, że oddam jej pierwszą rzecz, jaką napotkam po powrocie do domu i zgodnie z tą obietnicą musiałabym dziś wieczorem przyprowadzić jej Filipę, naszą świnkę morską. W tym domu jednak – tu matka spojrzała znacząco na twarze wszystkich domowników, w tym koziołka Leona – wierzymy w równe szanse. Dlatego każde z was, które może już legalnie podjąć pracę i ma jeszcze wakacje, może wziąć udział w losowaniu. Wiem, jak zależy wam na dalszej nauce i pamiętam, że Jaś chciał terminować od przyszłego roku u szewca-zaklinacza.

Szczęśliwy los z pracą u tajemniczej nieznajomej wybrała Bella.

***

Bella miała siedemnaście lat, trochę krzywe nogi i piegi, a kiedy się opaliła, schodziła jej skóra z ramion i z nosa. Gdyby stać ją było na lepsze buty i bilet na kolej lotniczą, już dawno udałaby się do pewnego północnego portu, gdzie miał przebywać bogaty kupiec, dawniej mąż matki i została wytrawną złodziejką albo przynajmniej ojcobójczynią; niestety, dziury w zelówkach nie pozwalały jej zapuszczać się wiele dalej niż poza boisko szkolne, gdzie grało się w piłkę-niewidkę, dom z gumy i dwadzieścia kaloszy.

Poza tym wolała, kiedy wołano na nią Be.

***

Be nie miała wiele do spakowania: zawinęła w chustę ubrania na zmianę, pamiętnik i cienki notes z przepisami na trucizny na komary swojej starszej siostry, po namyśle dołożyła do tego jeszcze parę wełnianych majtek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy kobiecie zacznie być zimno w tyłek, a jest to najbardziej niegodna ze wszystkich niedogodności, jak powtarzała jej mądra, brodata babka, kiedy jeszcze żyła w swojej kamiennej wieży, w lepszych czasach handlu gumą arabską, ambrą i wschodnimi tkaninami, które jednak zupełnie ignorowała, poświęcając się całkowicie przędzeniu długich szarych nici w swoim czystym, przewiewnym pokoju.

Wychodząc z domu, pocałowała na pożegnanie matkę, siostry i braci, a potem pogłaskała koziołka Leona i świnkę morską Filipę, powtarzając im, że przecież nie odchodzi na zawsze, przysługują jej cztery tygodnie płatnego urlopu w roku, a pracować będzie tuż za lasem.

Przypomniała sobie swoją młodość, kiedy grała w koszykówkę, miała długie nogi i silne ręce, a mężczyźni golili dla niej głowy, dawali się aresztować na wyprawach po nazistowskie diamenty i uciekali przed nią na inne kontynenty: do Australii, i jeszcze dalej, gdzie pożerały ich krokodyle, szkorbut, nuda i jadowite mrówki.

Czemu teraz jest inaczej?

W liceum jednym pocałunkiem umiała zbudzić Królową Śniegu ze stuletniego snu, jednym spojrzeniem zagotować wody w uwięzionym pośród lodu jeziorze, kiedy się dąsała, a gdy się rozgniewała, rzeki omijały ją szerokim łukiem i słońce chowało się za chmurami. Ziemia drżała z każdym jej krokiem: podłoga kruszyła się pod stopami.

Co poszło nie tak?

Potrafiła czekać cierpliwie, aż nos porastał jej mchem, pająki tkały pajęczyny między palcami, a we włosach gniazda wiły ptaki. W ciepłe dni wychodziła na spacery, w zimne dni chuchała na ręce ognistym oddechem, w czasie deszczu błoto mlaskało pod jej butami. W drodze na przystanek pogwizdywała z rękami w kieszeni, w letnie noce oddychała głęboko wilgotnym, wieczornym powietrzem, rano zimą malowała rybki na białym od pary oknie i wiedziała, że wszystko jest dobrze.

A potem coś mignęło i odmieniło się, i została wiecznie zapłakaną kobietą bez zmywarki i z przewróconym fikusem.

Najchętniej zanurzyłaby twarz w całym wiadrze okropnego różu do policzków albo zamieszkałaby w zmywarce, w cieniu paprotek i filodendronów, aż wszystko będzie znowu tak, jak wcześniej.

Przypomniała sobie, jak spojrzała ze smutkiem na swoje mniejsze dziecko i pomyślała, że kłamstwa nauczyło się od ojca. Ale przecież to ona sama wykrętami i oszustwem wymigiwała się od sprzątania, żeby móc dłużej biegać za piłką i drwiącymi uśmieszkami i obiecującymi spojrzeniami wywabiała nieśmiałe dziewczyny na parkiet na zabawach szkolnych. Jeszcze w liceum pochlebstwem i kłamstwem skłoniła starą smoczycę do oddania jej całej góry złota, a czarnowłosego Karolka, żeby do świtu siedział z nią nad samotną butelką mleka i rozmawiał.

Jeśli nikt nie uciekł jeszcze przed narracyjną koniecznością, to ona mogła być pierwsza.

Włożyła do plecaka tylko najbardziej potrzebne rzeczy: paczkę chusteczek, książkę o siostrach, Laurze i Iris, parasolkę i bilet miesięczny.

W ciemnym barze na skrzyżowaniu Roosevelta i Dantego czekała już na nią Eurydyka.