[content goes here]

Archive for the ‘Uncategorized’ Category

[Albo to jest moje bluźnierstwo powszednie, albo fanfik do litanii loretańskiej, albo niemoralna propozycja, niech czytelniczka zdecyduje!]

La belle dame sans merci
usłysz nas, wysłuchaj nas
pocałuj nas, wysłuchaj nas

Piękna kobieto
białoramienna
wysłuchaj nas

Zwierciadło miłości
Stolico mądrości
Słońcopłomienna
Muzykobrzmienna

Odpuść nam
Zdejmij nam
Spodnie

Piękna kobieto
Wieżo Dawidowa
Kości słoniowa
Wiotkobiodra
Zwiewnowłososzczodra

Wybacz nam
Odpuść nam
Tyle guzików

Pocieszycielko spragnionych
Uzdrowicielko złaknionych
Jak gwiazda zaranna
Modlitwa poranna
W niebieskich bramach
Twoich ud

Królowo uśmiechów
Wspomożycielko grzechów
Zyszczy nam, spuści nam
Kyrie eleison

Advertisements

Przypomniała sobie swoją młodość, kiedy grała w koszykówkę, miała długie nogi i silne ręce, a mężczyźni golili dla niej głowy, dawali się aresztować na wyprawach po nazistowskie diamenty i uciekali przed nią na inne kontynenty: do Australii, i jeszcze dalej, gdzie pożerały ich krokodyle, szkorbut, nuda i jadowite mrówki.

Czemu teraz jest inaczej?

W liceum jednym pocałunkiem umiała zbudzić Królową Śniegu ze stuletniego snu, jednym spojrzeniem zagotować wody w uwięzionym pośród lodu jeziorze, kiedy się dąsała, a gdy się rozgniewała, rzeki omijały ją szerokim łukiem i słońce chowało się za chmurami. Ziemia drżała z każdym jej krokiem: podłoga kruszyła się pod stopami.

Co poszło nie tak?

Potrafiła czekać cierpliwie, aż nos porastał jej mchem, pająki tkały pajęczyny między palcami, a we włosach gniazda wiły ptaki. W ciepłe dni wychodziła na spacery, w zimne dni chuchała na ręce ognistym oddechem, w czasie deszczu błoto mlaskało pod jej butami. W drodze na przystanek pogwizdywała z rękami w kieszeni, w letnie noce oddychała głęboko wilgotnym, wieczornym powietrzem, rano zimą malowała rybki na białym od pary oknie i wiedziała, że wszystko jest dobrze.

A potem coś mignęło i odmieniło się, i została wiecznie zapłakaną kobietą bez zmywarki i z przewróconym fikusem.

Najchętniej zanurzyłaby twarz w całym wiadrze okropnego różu do policzków albo zamieszkałaby w zmywarce, w cieniu paprotek i filodendronów, aż wszystko będzie znowu tak, jak wcześniej.

Przypomniała sobie, jak spojrzała ze smutkiem na swoje mniejsze dziecko i pomyślała, że kłamstwa nauczyło się od ojca. Ale przecież to ona sama wykrętami i oszustwem wymigiwała się od sprzątania, żeby móc dłużej biegać za piłką i drwiącymi uśmieszkami i obiecującymi spojrzeniami wywabiała nieśmiałe dziewczyny na parkiet na zabawach szkolnych. Jeszcze w liceum pochlebstwem i kłamstwem skłoniła starą smoczycę do oddania jej całej góry złota, a czarnowłosego Karolka, żeby do świtu siedział z nią nad samotną butelką mleka i rozmawiał.

Jeśli nikt nie uciekł jeszcze przed narracyjną koniecznością, to ona mogła być pierwsza.

Włożyła do plecaka tylko najbardziej potrzebne rzeczy: paczkę chusteczek, książkę o siostrach, Laurze i Iris, parasolkę i bilet miesięczny.

W ciemnym barze na skrzyżowaniu Roosevelta i Dantego czekała już na nią Eurydyka.

Nic nie frustruje bardziej, niż ludzie ogólnie inteligentni, zachowujący się po prostu głupio. Na przykład w Adama Pluszkę we Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach, kiedy tylko zostaje postawiony wobec Innego (Chin), wstępuje szatan:

(AP – przyp. ja) Czy Mo Yan kontestuje chińską kulturę? Bierze z nią rozbrat?

MR [dr Małgorzata Religia, piękna, mądra i utalentowana sinolożka – przyp. (nieobiektywna) ja]: Dlaczego miałby kontestować chińską kulturę albo brać z nią rozbrat? Co by to w ogóle miało znaczyć? Mo Yan pisze po chińsku, pisze o Chinach, jest jednym z najważniejszych współtwórców tej kultury w jej współczesnym wydaniu, jego twórczość jest częścią tej kultury. Dzisiejsza kultura chińska – jak kultura każdego innego kraju – czerpie inspiracje i wzorce z wielu źródeł, nie może być inaczej. Także Mo Yan odwołuje się do różnych niechińskich inspiracji literackich, o czym sam otwarcie mówi, ale nie bardzo rozumiem, dlaczego miałoby go to stawiać poza chińską kulturą.

(…)

AP: Mam na myśli to, o czym wspomniała pani Religa przy okazji Krainy wódki – że opisał Chiny jako piekło na ziemi. Podobnie jest w Żabie, kiedy pisze o zagadnieniu pomijanym w chińskiej literaturze [tu nasuwa się pytanie, ile w ogóle AP wie o zagadnieniach poruszanych w chińskiej literaturze, która jest większa niż kontynent i szeroka jak ocean – przyp. ja], czyli o polityce planowania urodzin. To trudne zagadnienie także dla Chińczyków.

Nie wymaga to żadnego komentowania tak naprawdę, ale spróbujmy metodą copy/paste, która pozostaje moją ulubioną, jako wymagająca najmniej wysiłku:

(AP) Czy Zola kontestuje francuską kulturę? Bierze z nią rozbrat?
(…)

AP: Mam na myśli to (…) że opisał francuską górniczą wioskę jako piekło na ziemi. Podobnie jest w Germinalu, kiedy pisze o zagadnieniu pomijanym we francuskiej literaturze, czyli o polityce antyrobotniczej. To trudne zagadnienie także dla Francuzów.

Okej?

Potem jest już tylko gorzej: zamiast pytać o ciekawe i intrygujące trudności związane z tłumaczeniem z języka o strukturze diametralnie różnej od języków indoeuropejskich (a wiem coś o tym!), Pluszka pyta o stan współczesnej chińskiej kaligrafii (to tak, jakby tłumaczkę literatury hiszpańskiej pytać o zbiory kałamarnic: bo przecież atrament!) i przywołuje film Hero (to tak jak interpretowanie twórczości Thomasa Pynchona przez pryzmat kolejnych części Avengersów: przecież obie rzeczy są amerykańskie!). Co jest zresztą warte przywołania:

(AP): Pamiętam scenę z filmu Hero, w której Złamany Miecz ćwiczy znak, jeśli dobrze pamiętam, “miecz”, kijkiem na piasku, a do wykonania ostatecznej kaligrafii używa, hm, mopa. Tyle jest technik?

MR (Ach! Dr Religa! Niech Pani wie, że wielbię Panią nieustannie!): Nie pamiętam żadnej z tych scen, ale czy jeśli Superman przemieszcza się, latając, znaczy to, że jest to jedna z technik podróżowania na Zachodzie?



Otóż to. Potem są jeszcze pytania o budowę chińskich znaków (“znalazłem na przykład informację, że “świnia pod dachem” ma znaczenie “dom, rodzina”), które ma mniej więcej taki związek z tłumaczeniem chińskiej literatury, jak pytania o francuskie znaki diakrytyczne z tłumaczeniem literatury francuskiej (można by było zapytać się na przykład tak, z rozbrajającą szczerością: “czy nie mylą się pani te akcenty? Rosnący, opadający, słyszałem, że są aż trzy!”. Chociaż może za bardzo się wyzłośliwiam? Chociaż nie sądzę).

Nie wiem tylko, ostatecznie, czy to bardziej ignorancja jako taka, za którą w sumie trudno mi kogoś winić tak ogólnie, ale szczególnie: czemu marnować czas na zadawanie trywialnych pytań, na które z łatwością odpowiedź można znaleźć na Wikipedii (np. tu), kiedy można z dwiema sinolożkami porozmawiać o chińskiej literaturze? Zapytać je, czy przetłumaczą Lu Xuna? Cokolwiek?

Czy jednak bardziej chodzi o to, że Chiny, takie obce, takie dalekie, nie mogą mieć normalnej literatury w normalnych językach jak normalne kraje, literatury, o której można rozmawiać, zadając inteligentne i ciekawe pytania? Takie, jak Pluszka zadawał Barbarze Kopeć-Umiastowskiej, dzięki którym można się rozpłynąć w jej pięknym języku (gdyby Barbara Kopeć-Umiastowska proponowała apokatastazę, w której znajomość Boga by znajomością jej słów, natychmiast i entuzjastycznie bym się zgodziła).

Jestem zawiedziona, taka zawiedziona!  

Trudno mi teraz (teraz ludzi zajętych, które trwa, trwa, trwa; nie ma końca, a początku już dawno się nie pamięta) pisać, bo musiałabym to robić kosztem snu, a kosztem snu robię już inne rzeczy. Nie chcę nawet narzekać: lubię pracować, lubię być zajęta, moje jedyne zastrzeżenie, to że ktoś mógłby wreszcie zabrać się za finansowanie nauki, żebym nie musiała odbębniać wszystkich tych zleceń (a potem upominać się o pieniądze, raz, drugi, trzeci, etc.).

Coraz mniej mam okazji do czytania dla przyjemności i coraz rzadziej czytam po polsku. Mam wrażenie, że mój własny język wymyka mi się jakoś spod palców, i że wszystko, co piszę, jest jakieś niezgrabne i toporne.

Trochę szkoda, bo jest tyle ciekawych rzeczy, że nie wiem nawet, gdzie zacząć! Z drugiej strony, straciłam częściowo zdolność rozmawiania z ludźmi, których Nie Interesuje (czasownik nieprzechodni). Stoimy sobie na korytarzu, oni i ja, próbuję coś o grantach albo o ciężarze pracy, że niby to prawie, jakbyśmy rozmawiali o tym, o czym normalnie się rozmawia (tylko nie wiem za bardzo, co to takiego), jakieś dźwięki wydobywają mi się z gardła i coraz bardziej mam wrażenie, że to nie ja otwieram usta, tylko ktoś inny. Czemu ona (on?) brzmi tak dziwnie?

Pewnie się nie wyspała.

Wczoraj dokonałam jeszcze jednego spontanicznego zakupu (wszystko zaczyna się układać w logiczną całość) i chyba też będę strasznie niezadowolona. “Darwinowskie paradygmaty” Dominiki Oramus (nie znam autorki, zobaczyłam Darwina i ręka sama się wyciągnęła, chyba po prostu syndrom odstawienia, ostatnią książkę kupiłam 7 stycznia) na pierwszych stronach zawierają dwie rzeczy, których nie znoszę w humanistyce.

zredukuj i zniszcz

“To Newton udowodnił, że za pomocą matematycznego i logicznego wnioskowania można stworzyć obiektywną wiedzę. W młodości konstruował zegary, co symbolicznie pokazuje jego zamiłowanie do ładu, porządku i regularności.” (s. 13)

Czy na pewno konstruowanie zegarów “symbolicznie pokazuje jego zamiłowanie do ładu, porządku i regularności”?  Skąd to wiemy? Czy budowanie zegarów nie może świadczyć np. o tym, że ktoś (Newton) lubi patrzeć, jak jedna część porusza się dzięki sprężynie, wprawiając w ruch następną część, która znowu wprawia w ruch następną część, aż otrzymujemy sprawnie działający mechanizm zegara? Albo ktoś może chcieć budować zegary dla samej przyjemności zrobienia czegoś własnymi rękami, czegoś, co potem tik-tak, tik-tak, miarowo i równo pozostawia na materii czasu ślady tych własnych rąk? A co jeśli ktoś jest po prostu ciekawy i sprawdza schematy i rysunki, a potem nie może się oprzeć pragnieniu zobaczenia tego schematu w trzech wymiarach i w ruchu?

Skąd ta gotowość redukowania jakiegoś faktu (budowanie zegarów) do jednego (nudnego, trywialnego) symbolu?

Oczywiście, to na pewno trochę czepialstwo, ale z drugiej strony, jak będą zredukowane i zniszczone inne rzeczy w tej książce? Jeden taki akt zniszczenia budzi we mnie pewne oczekiwania.

przede wszystkim cytuj

“Formułowanie hipotez i teorii na temat świata to wrodzona własność ludzi; już małe dzieci znajdują upodobanie w prawidłowościach i ładzie – lubią naśladować i wiele razy słuchać tych samych, dokładnie powtarzanych opowieści. Zdaniem Karla Poppera są to zachowania i upodobania instynktowne, odzwierciedlające podstawowe mechanizmy uczenia się: przez dokonywanie odkryć (tworzenie teorii na podstawie obserwacji, przewidywanie przyszłości, oczekiwanie powtarzalnego zachowania, dalsze obserwacje i eliminowanie błędów z teorii), przez naśladownictwo i przez wielokrotne powtarzanie(7).” (s. 13-14)

Czy naprawdę jest konieczne cytowanie Poppera, żeby udowodnić, że dzieci są ciekawe?

Z drugiej strony, jeśli chcemy coś powiedzieć o instynktownych zachowaniach człowieka i sposobie uczenia się dzieci, to czy na pewno instancją, do której należy się odwołać, jest właśnie Popper a nie jakiś bardziej współczesny psycholog rozwoju albo kognitywistka?

Ale zyskaliśmy, co prawda bezsensowny (proszę mnie przekonać, że jest inaczej), cytat i przypis; wyglądamy mądrzej i bardziej profesjonalnie, nauka została uczyniona, można odpocząć.

Co do następnych stron, jestem pełna najgorszych przeczuć. Nigdy więcej nie kupię książki bez sprawdzenia życiorysu autora/autorki do trzech pokoleń i siedmiu inspiracji metodologicznych wstecz, przysięgam.

 

 

inne

Nameste napisał odpowiedź na mój post o czytaniu, szczerze powiedziawszy, znacznie mądrzejszą, niż zasługuje, dlatego zachęcam do przeczytania.

Poza tym, o czym chciałam napisać od kilku dni, ale nie było okazji, Ninedin obiecała pisać o “Romansie o Aleksandrze”, którego jestem wielbicielką (jeśli ktoś nie wie, co to takiego, to Ninedin przygotowała poręczny i przyjemny w lekturze post wstępny) tutaj:  bardzo zachęcam do lektury, bo nawet moja nikła wiedza pozwala mi przewidzieć, że będzie wiele dobrych rzeczy.

Po trzecie, ponieważ wcześniej wytropiłam zalinkowany przez Nameste artykuł Barbary Kopeć-Umiastowskiej o tłumaczeniu Dehnela (ale też o tłumaczeniu w ogóle, pal diabli Dehnela, naprawdę warto przeczytać, sama dużo się z niego nauczyłam, tak sądzę, mam nadzieję), jak tylko ukazała się rozmowa z wyżej wymienioną w Dwutygodniku, natychmiast kliknęłam i nie zawiodłam się, Barbara Kopeć-Umiastowska jest mądra i wspaniała, chce nią być, jak dorosnę.

tradycyjna medycyna chińska

Ponownie, fragment książki Whitfield, którą tymczasem skończyłam.

“Chińskie lekarstwo na opętanie przez demona składało się ze sproszkowanego cynobru i realgaru, prażonych nasion croton tiglium, korzenia ciemiernika i tojadu, arsenopirytu, wypalanego przez jeden dzień w ziemnej jamie i gotowanej stonogi z wyrwanymi odnóżami (mogło to zająć trochę czasu). Otrzymaną w ten sposób miksturę przesiewano przez sito i mieszano z miodem, formując niewielkie pigułki. Pacjentowi zalecano przyjmowanie jednej pastylki dziennie i dodatkowej o północy, jeśli objawy nie ustępowały; a także powstrzymywanie się od spożywania ‘wieprzowiny, świeżego krwistego mięsa i picia zimnej wody’ w trakcie kuracji.” (s. 115)

Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, jaka dawka na zawsze wyleczyłaby pacjenta z koszmarów (może o to chodzi?), odbierając mu jednocześnie życie, ale cynober to siarczek rtęci, realgar i arsenopiryt to jakieś siarczki arsenu, tojad jest trujący, a croton tiglium (niestety nie mam pod ręką porządnego atlasu roślin, może to się jakoś tłumaczy na polski) ma silne właściwości przeczyszczające. Może Sporothrix będzie wiedzieć? Zaraz chyba zapytam.

(To nie jest oczywiście taka tradycyjna medycyna chińska, jaką wymyślono na początku XX wieku i jaką obecnie obrotni znachorzy sprzedają naiwnym ofiarom: ale korzenie obu są te same, zachęcam do cichej refleksji nad niebezpieczeństwem)