[content goes here]

 

Pierwszy wspiął się po brązowej ścianie budynku cichy pęd bluszczu, osłaniany przez lipy i klony stojące od strony ulicy. Za tym szybko ruszyły następne: kłącza bluszczu i winorośli, kłębki jemioły i omdlewające gałązki powojów i klematisów, kolczaste pnącza róż i lepkie chmielu, a za nimi pszczeli zwiadowcy i trzmielowa awangarda, wspomagana przez motyle, których skrzydła rozcinały powietrze jak noże.

 

Kiedy mury zadrżały, w ścianach pojawiły się pierwsze rysy i szpary, a spomiędzy tynków i gipsów wyjrzały nieśmiało pierwsze gałązki olch i topoli, sękate ramiona wiązów podważyły parkiet, a okryte barwami wojennymi głogi wtargnęły do sali konferencyjnej, jasne było już, że za późno jest na ucieczkę.

 

W szturmie na gabinet ministra wzięła udział wyborowa kawaleria iglaków: sięgające nieba jodły, smukłe świerki i pradawne cisy, zielone jak trucizna, uginające się od ciężaru lśniących jagód. Smagane wiatrami i zaprawione w bojach sosny bez trudu wyważyły drzwi gałęziami powykręcanymi jak wnyki. W ariergardzie szły mchy, kaczeńce o mięsistych liściach, pozostawiające za sobą smużki błota z mętnych, cuchnących bagien i podstępna wilcza jagoda.

 

Przed bramą wyrósł nagle potężny dąb, którego żołędzie uderzyły z potężnym impetem w kruche szkło szyb. Modrzewie zakładały sidła z igieł w ciemnych, opuszczonych korytarzach. Szum brzóz i wierzb zagłuszał pełne przerażenia krzyki i wołania o pomoc, a podsekretarz stanu znieruchomiał bezradnie na wykładzinie z garściami baziów w ustach.

 

Minister siedział na swoim krześle skrępowany łańcuchami bluszczów i winorośli. Zastęp róż pnących wymachiwał groźnie ukwieconymi gałązkami.

– Czego chcecie? – zapytał, a w jego głosie słychać było butę myśliwego.

 

Drzewa zaszumiały i zatrzęsły się. Winorośl i bluszcz rozstąpiły się, żeby przepuścić starą, zbutwiałą wierzbę, prawie pustą w środku, z przegniłym pniem i korą ostrą i gorzką jak żal narzeczonych umarłych przed dniem zaślubin. Z każdym ruchem korzeni drewno Staruchy skrzypiało, jakby to teraz właśnie miało rozpaść się na tysiące wilgotnych wiórów. Jej liście niosły ze sobą zapach pleśni i śmierci, a w jej koronie powiewał zimny, ciężki wiatr, niosący bagienne opary.

 

– Nic wielkiego – powiedziała Wierzba-Starucha. – Od dzisiaj będziesz rosnąć z nami.

 

 

***

[Ten fanfik nigdy by nie powstał, gdybym nie przeczytała dzisiaj Uprooted Naomi Novik]

Niełatwo żyje się sześciorgu dzieciom i matce w niewielkiej wsi gdzieś pod Głogowem: z ojcem gdzieś za granicą, pustym kontem, przeciekającym dachem i całkowitym brakiem widoku na posag i ślubne podarki. Trzej synowie robili, co mogli: łatali dach, skarpetki i domowy budżet, sprzedając uzbierane borówki przy szosie, ale bez inkubatora przedsiębiorczości nie mieli szans na poważne inwestycje i rozwój. Trzy córki uczyły się pracowicie, zabijały dyktą dziury w podłodze i zalepiały tekturą pękające szyby w oknach: najstarsza z nich dorabiała na boku, rzucając uroki na mleczne krowy z sąsiedniej wsi. Matka, dawniej żona bogatego kupca, trudniła się wszystkim po trochu: pomagała w gospodarstwach bogatszych sąsiadów, brała rzeczy do prania, haftowała obrusy i zbierała gałązki opał w lesie: w czasie ferii zimowych zatrudniała się nawet na zastępstwo w pobliskiej kopalni węgla.

Na dłuższą metę nie dawało to jednak rady. Jak tylko dzieci zaczynały chorować, matka musiała zostawać w domu. Cała siódemka najgorzej wspominała wielką wiosenną epidemię odry, kiedy najstarsza córka w jedenastej klasie zaraziła się w szkole od nieszczepionej koleżanki.

Pewnego razu, gdy sześcioro dzieci leżało zgodnie na siennikach, pokasłując i chrapiąc, te starsze już prawie zdrowe, te młodsze jeszcze z gorączką, matka wymknęła się wieczorem do lasu, żeby nazbierać malin i jeżyn na domowy syrop. Z trudem w ciemności szła po wąskiej ścieżce: korzenie wyciągały po nią swoje zdradliwe kłącza, oplątując jej nogi, w oddali rozlegało się wycie wilków, a puszczyki pohukiwały między splątanymi gałęziami wiązów i olch, księżyc po raz znikał za strzępami chmur. Sama nie wiedziała, ile już tak idzie, gdy wtem ręka jej napotkała coś zimnego i twardego – i kiedy blask gwiazd padł na rozciągającą się przed nią polanę, ujrzała, że pod jej dłonią znalazła się żelazna furtka, poza którą rozpościera się najpiękniejszy w świecie wieczorny ogród, pachnący maciejką i wiśniami, ziołami i miętą, gdzie bujne krzewy aż uginają się od jagód i malin. Nie zastanawiając się wiele, weszła do środka, żeby nazbierać tyle owoców, ile tylko zmieści się do jej koszyka. Zdawało jej się, że pierwszy raz od lat sprzyjają jej gwiazdy, które jakby oświetlały jaśniej ścieżkę pod jej stopami, żeby nie potknęła się o białe kamienie.

Zamierzała już wyjść bramą i ruszyć w drogę do domu, gdy nagle jak spod ziemi wyrosła przed nią niewielkiego wzrostu postać, owinięta w ciemny płaszcz.

– Kradłaś z mojego ogrodu! – wysyczała spod kaptura. – Teraz będziesz musiała zapłacić straszliwą cenę.
– Wątpię, żebym miała czym – odpowiedziała matka, i była to prawda. – Ale możesz sprawdzić sama.
– Nie szkodzi. Nie pragnę pieniędzy! Ale musisz mi przyrzec, że oddasz mi pierwszą rzecz, jaką napotkasz po powrocie do domu.

Matka wiedziała, że wszystkie dzieci leżą chore, żadne z nich więc nie mogłoby wybiec jej naprzeciw. Mogła spodziewać się najwyżej jednego ze spłoszonych kurcząt albo swojego starego psa z wyliniałym futrem i wiernym pyszczkiem. Rozstanie z nim przeżyłaby oczywiście bardzo boleśnie, na wszelki więc wypadek powiedziała:
– Dobrze, ale najpierw daj mi słowo, że zapewnisz temu czemuś godziwe warunki zatrudnienia, trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy, trzy posiłki dziennie i dwukrotność pensji minimalnej.
– Co?
– Chodź, usiądź. Zaraz wszystko ci wytłumaczę – zachęciła spokojnie matka i zaczęła mówić o prawach pracowniczych, a owinięta płaszczem tajemnicza właścicielka ogrodu słuchała cierpliwie aż do świtu.

– Teraz muszę już iść, bo dzieci będą się martwić – stwierdziła matka, kiedy wreszcie zapadła cisza, a lesie dało się słyszeć cichy śpiew wilg i krogulców, a krzaki malin zaróżowiły się od pierwszych promieni słońca. – Ale masz moje słowo, że do wieczora przyprowadzę ci to, co spotkam jako pierwsze po powrocie do domu.
– Dobrze – odparła postać w płaszczu. – Będę tutaj czekać.

Matka bez trudu odnalazła drogę z powrotem. Szła żwawym krokiem: w międzyczasie w jej głowie narodził się prawdziwie podstępny plan. Bo chociaż w domu jej i jej dzieci panowała zasada równego podziału dóbr i całkowitej redystrybucji cukierków i czekolady, kierowanej przez centralny organ zarządzający kolektywem, a sercu jej bliskie były ideały maja, to rada by zobaczyć swoje córki jako wojowniczki-księgowe, z sakiewką za pazuchą i parą ostrych sztyletów, a swoich synów jako lekarzy-czarodziejów, w gabinetach pełnych antybiotyków, szczepionek i strzykawek z wywarem z alrauny. W zimowe popołudnia podążała śladem sennych marzeń o najstarszej córce, która zostawała wiedźmą i pierwszorzędną prawniczką: po długich studiach na Latającym Uniwersytecie, z profesjonalnie pomarszczoną kurzajką na lewym policzku przyjmowałaby klientów w siedzibie swojej kancelarii w domku na kurzej nóżce, do którego drogę wskazywałyby jednookie kruki. Szła więc do dzieci krętą leśną ścieżką, z koszem pełnym malin i niezwykle korzystną umową o pracę za pazuchą, ale myślami przebywała zupełnie gdzie indziej, na ciepłej bagnistej polanie wśród torfowisk, gdzie chatki z piernika wyrastały jedna za drugą, droga z okruszków prowadziła kupców i podróżnych z worami pełnymi mirry i opoponaksu, a zza wątłych liści nadgniłych wierzb jasno połyskiwał sznur prężnych światłowodów.

***

– Słuchajcie – powiedziała matka. – Obiecałam pewnej tajemniczej posiadaczce ziemskiej, że oddam jej pierwszą rzecz, jaką napotkam po powrocie do domu i zgodnie z tą obietnicą musiałabym dziś wieczorem przyprowadzić jej Filipę, naszą świnkę morską. W tym domu jednak – tu matka spojrzała znacząco na twarze wszystkich domowników, w tym koziołka Leona – wierzymy w równe szanse. Dlatego każde z was, które może już legalnie podjąć pracę i ma jeszcze wakacje, może wziąć udział w losowaniu. Wiem, jak zależy wam na dalszej nauce i pamiętam, że Jaś chciał terminować od przyszłego roku u szewca-zaklinacza.

Szczęśliwy los z pracą u tajemniczej nieznajomej wybrała Bella.

***

Bella miała siedemnaście lat, trochę krzywe nogi i piegi, a kiedy się opaliła, schodziła jej skóra z ramion i z nosa. Gdyby stać ją było na lepsze buty i bilet na kolej lotniczą, już dawno udałaby się do pewnego północnego portu, gdzie miał przebywać bogaty kupiec, dawniej mąż matki i została wytrawną złodziejką albo przynajmniej ojcobójczynią; niestety, dziury w zelówkach nie pozwalały jej zapuszczać się wiele dalej niż poza boisko szkolne, gdzie grało się w piłkę-niewidkę, dom z gumy i dwadzieścia kaloszy.

Poza tym wolała, kiedy wołano na nią Be.

***

Be nie miała wiele do spakowania: zawinęła w chustę ubrania na zmianę, pamiętnik i cienki notes z przepisami na trucizny na komary swojej starszej siostry, po namyśle dołożyła do tego jeszcze parę wełnianych majtek, bo nigdy nie wiadomo, kiedy kobiecie zacznie być zimno w tyłek, a jest to najbardziej niegodna ze wszystkich niedogodności, jak powtarzała jej mądra, brodata babka, kiedy jeszcze żyła w swojej kamiennej wieży, w lepszych czasach handlu gumą arabską, ambrą i wschodnimi tkaninami, które jednak zupełnie ignorowała, poświęcając się całkowicie przędzeniu długich szarych nici w swoim czystym, przewiewnym pokoju.

Wychodząc z domu, pocałowała na pożegnanie matkę, siostry i braci, a potem pogłaskała koziołka Leona i świnkę morską Filipę, powtarzając im, że przecież nie odchodzi na zawsze, przysługują jej cztery tygodnie płatnego urlopu w roku, a pracować będzie tuż za lasem.

Przypomniała sobie swoją młodość, kiedy grała w koszykówkę, miała długie nogi i silne ręce, a mężczyźni golili dla niej głowy, dawali się aresztować na wyprawach po nazistowskie diamenty i uciekali przed nią na inne kontynenty: do Australii, i jeszcze dalej, gdzie pożerały ich krokodyle, szkorbut, nuda i jadowite mrówki.

Czemu teraz jest inaczej?

W liceum jednym pocałunkiem umiała zbudzić Królową Śniegu ze stuletniego snu, jednym spojrzeniem zagotować wody w uwięzionym pośród lodu jeziorze, kiedy się dąsała, a gdy się rozgniewała, rzeki omijały ją szerokim łukiem i słońce chowało się za chmurami. Ziemia drżała z każdym jej krokiem: podłoga kruszyła się pod stopami.

Co poszło nie tak?

Potrafiła czekać cierpliwie, aż nos porastał jej mchem, pająki tkały pajęczyny między palcami, a we włosach gniazda wiły ptaki. W ciepłe dni wychodziła na spacery, w zimne dni chuchała na ręce ognistym oddechem, w czasie deszczu błoto mlaskało pod jej butami. W drodze na przystanek pogwizdywała z rękami w kieszeni, w letnie noce oddychała głęboko wilgotnym, wieczornym powietrzem, rano zimą malowała rybki na białym od pary oknie i wiedziała, że wszystko jest dobrze.

A potem coś mignęło i odmieniło się, i została wiecznie zapłakaną kobietą bez zmywarki i z przewróconym fikusem.

Najchętniej zanurzyłaby twarz w całym wiadrze okropnego różu do policzków albo zamieszkałaby w zmywarce, w cieniu paprotek i filodendronów, aż wszystko będzie znowu tak, jak wcześniej.

Przypomniała sobie, jak spojrzała ze smutkiem na swoje mniejsze dziecko i pomyślała, że kłamstwa nauczyło się od ojca. Ale przecież to ona sama wykrętami i oszustwem wymigiwała się od sprzątania, żeby móc dłużej biegać za piłką i drwiącymi uśmieszkami i obiecującymi spojrzeniami wywabiała nieśmiałe dziewczyny na parkiet na zabawach szkolnych. Jeszcze w liceum pochlebstwem i kłamstwem skłoniła starą smoczycę do oddania jej całej góry złota, a czarnowłosego Karolka, żeby do świtu siedział z nią nad samotną butelką mleka i rozmawiał.

Jeśli nikt nie uciekł jeszcze przed narracyjną koniecznością, to ona mogła być pierwsza.

Włożyła do plecaka tylko najbardziej potrzebne rzeczy: paczkę chusteczek, książkę o siostrach, Laurze i Iris, parasolkę i bilet miesięczny.

W ciemnym barze na skrzyżowaniu Roosevelta i Dantego czekała już na nią Eurydyka.

Zazwyczaj nie odzywam się wiele w domu: oni wszyscy jakoś robią ze mnie z powrotem sześcioletnie, nieśmiałe dziecko: zakrzyczane przez dorosłych, którzy odebrali mu ulubiony sweterek i zabronili obcinać włosy. Cała się w sobie kurczę, ręce mi drżą, owijam się szczelniej swetrem i jak w kokonie odliczam w nim minuty do wyjścia na zewnątrz, na wolność.

Ale w końcu są też takie sytuacje, że kobieta musi postawić na swoim.

Sandra przychodziła do mnie już wcześniej, ale zawsze tylko jako koleżanka. Mama zadowalała się takim wyjaśnieniem, a tatę chyba niewiele prócz jakiejś średniowiecznie pojmowanej starożytności nie obchodziło. Ale za pół roku miałyśmy razem przeprowadzić się na Cypr, gdzie przyjęli mnie na wykopaliska, a potem Sandra zaczynała staż w Birmingham. Chciałam, żeby oni wszyscy przynajmniej wiedzieli, co się będzie ze mną działo.

***

W końcu powiedziałam im wszystko, jak przez sen i nadal trochę nie wierzę, że to w ogóle do nich d o t a r ł o. Mama zacisnęła usta, ale tata najpierw tylko się zaciekawił.
– I czym się zajmuje ta twoja k o l e ż a n k a?
– Narzeczona, tato. Językami starożytnymi.
– Hm, hm. Czyżby przypadkiem, droga moja Natalio, jak stary twój ojciec i schorowany, królową literatur i mową poetów o twardym, choć nie nieubłaganym rytmie sentencji, piękną lingua latina pulcherrima?
– Nie. Przede wszystkim akadyjskim, amoryckim i epigraficznym zachodniosemickim.
– Hm! Osobiście powątpiewam, aby interesująca literatura mogła istnieć przed Homerem.
– Sandra bada język, tato. Gramatykę.
– Czymże są słowa bez poety, który z nich exegit monumentum?

Ale wtedy już nic nie powiedziałam, tylko spojrzałam na mamę, która siedziała dalej przy stole z zaciśniętymi ustami, a potem na Gabę, która zapytała łamiącym się głosem o dzieci i wnuki, na co odpowiedziałam jej, że przecież ona dysponuje radosną rozszczebiotaną dwójką, wobec czego mama spojrzała na mnie karcąco i zapytała, czy muszę przypominać siostrze o jej największej życiowej porażce, a wtedy Ida zauważyła, że nie jest pewna, czy dzieci wiedzą już o sobie, że są częścią życiowej porażki swojej matki i czy powinna im o tym opowiedzieć ze szczegółami, na co mama zaperzyła się i podniosła głos, Gabrysia spojrzała na nie z rozpaczą, a ja po cichu wyszłam do zielonego pokoju, czytać dzieciom wiersze Sylvii Plath. Niech wiedzą, co je czeka.

Tak to jest w rodzinie.

***

Sandra została uprzedzona, czego może się spodziewać, ja też uprzedzałam samą siebie przez cztery wieczory z rzędu. Tata od rana miał jakiś dziwny błysk w oku, a mama uśmiechała się tajemniczo. Mama rzadko miewała powody do radości, więc jej dobry nastrój zawsze wprowadzał jakiś niepokój.

Dopiero przy obiedzie zrozumiałam, o co im chodziło.

– Nie masz, dziecko moje drogie, ochoty na odrobinę rosołku? – zapytał tata.
– Och, bardzo przepraszam – odpowiedziała Sandra. – Jestem wegetarianką.

Augusta Pomponilla wyruszyła w drogę, podpierając się żelaznym kosturem, tkając w przydrożnych oberżach damskie koszule z nici pokrzywowej i rozglądając się za Marią Meluzyną, która podobno latała gdzieś po pojezierzu, przemieniona w łabędzia razem z siedmiorgiem swoich rasowych pekińczyków.

Tutaj przypominała jej się idylliczna scena, gdy razem z Marią Meluzyną w jej warszawskim apartamencie, dwa pokoje na trzy osoby, osiem metrów bieżących francuskiej literatury i brzydkie kafelki w łazience, karmiła siedem pekińczyków, które w zasadzie spędzały większość swojego radosnego psiego życia na balkonie, biszkoptami z Carrefoura za trzy pięćdziesiąt paczka, rozmaczanymi w mleku UHT. Koty nie piją mleka, powiedziała Maria Meluzyna, wdzięcznie wydymając cienkie, blade usteczka, nie mogłabym mieć kota.

Ale to wszystko było dawno temu, z teraz Augusta Pomponilla, podpierając się żelaznym kosturem, szła pieszo gościńcem do Kołobrzegu, gdzie podobno ktoś widział jej piersi (albo sutki, albo paluszki: Augusta rada by była znaleźć najpierw te ostatnie, bo najbardziej jej ich brakowało, a żelazny kostur naprawdę ciężko niosło się bez palców. Maria Meluzyna, gdyby razem z siedmiorgiem prawdziwie rasowych pekińczyków, przemienionych w łabędzie, nie fruwała teraz po pojezierzach, również zamieniona w łabędzia, na pewno skomentowałaby żartobliwie, z typowym dla siebie lekkim poczuciem humoru, lekkim jak chmurka, jajko krogulca albo przycisk do papieru z pierza, że nie da się orzec, kto kogo tu podpiera: Augusta kostur, czy kostur Augustę, po czym obie zaśmiałyby się radośnie, a wszystkie siedem pekińczyków zaszczekało z werwą jak trzy tuziny szklanych dzwoneczków. Ale oczywiście Maria Meluzyna fruwała gdzieś nad pojezierzem, chociaż biorąc pod uwagę, ile minęło już czasu, równie dobrze mogła znajdować się gdzieś nad Adriatykiem albo w połowie drogi do Buchary, gdzie czekałaby na nią posada handlarki dywanów).

Więc Augusta powoli szła w stronę Kołobrzegu, przędąc po drodze pokrzywową nić, co było jednocześnie łatwiej i trudniej robić bez palców: łatwiej, bo pokrzywy strasznie przecież parzą palce, i trudniej, bo trudno jest przecież cokolwiek prząść bez palców. Ale nic nie mogłoby powstrzymać Augusty Pomponilli, nic nie było w stanie odwieść jej od przędzenia, tkania i powolnego stąpania w kierunku Kołobrzegu: tup, tup, tup gościńcem pełnym kurzu, bryczek zaprzężonych w samochody i krzykliwych stad łabędzi, z których żadne na pewno nie było przemienioną w łabędzie Marią i Meluzyną i jej pekińczykami, bo te na pewno znajdowały się już co najmniej w połowie drogi nad Adriatyk.

A zatem Augusta minęła po drodze Biłgoraj, który kojarzył jej się z Drohobyczem, Kutno, które przypominało jej parę rozklapcianych piersi, wyglądających jak dwa biszkopty z Carrefoura, które za długo moczyły się w mleku: tak długo, że nie zechcą ich nawet żarłoczne pekińczyki Marii Meluzyny: nawet najbardziej łakomy z nich, Rolmops. W Radomiu Augusta Pomponilla cały czas miała zamknięte oczy, bo obawiała się, z czym by się jej kojarzył, a przecież nie dało się go ominąć, idąc nad morze, do Kołobrzega, prosto z Paryża przez Wiedeń, Tarnopol i Kraków. W Czarnolesie wsiadła na krę wiślaną, którą chciała dopłynąć aż do Wrocławia, skąd tylko mały spacer dzieliłby ją od Kołobrzegu, ale tuż pod Warszawą kra stanęła w miejscu, przytrzymywana przez liczne wodorosty, szlam i śmieci, spowalniana zresztą już od wysokości Sierpca przez stopniowe gęstnienie wody, która pod Warszawą przypominała bardziej kaszkę mannę z wiśniami i szynką, za jaką dałby się pokroić najtłuściejszy z pekińczyków Marii Meluzyny – Rolmops: wielbiciel biszkoptów, spacerów i mleka, przy czym spacery wolał oczywiście obserwować z królewskich wyżyn alabastrowych ramion swojej pięknej pani.

Więc Augusta Pomponilla, nadal w poszukiwaniu piersi albo chociaż sutków, ale najlepiej paluszków, zmierzając do Kołobrzegu, gdzie podobno widział je jakiś antykwariusz, znajomy Marii Meluzyny, która w towarzystwie swoich siedmiu pekińczyków, wszyscy przemienieni w łabędzie, spędzała wakacje nad Adriatykiem, skoczyła prosto do wody, bo, jak wiadomo, co ma wisieć, nie utonie, a motylkiem szybciej dopłynie się do Szczecina, skąd morzem będzie można przedostać się do Kołobrzegu, do celu.

Mówili na nie Klub Wesołych Wdów, chociaż ponad połowa z nich nadal miała męża, a o żadnej z nich nie można było powiedzieć, że jest wesoła, tak jak wesoły nie jest rekin, krogulec i lew.
One same uśmiechały się tylko, że umawiają się na herbatkę, idą do biblioteki na zebranie koła książkowego, do Halinki na sobotę czarownic.

Ale to ostatnie szeptały tylko po cichu między sobą, bo taka właśnie była prawda, a sąsiedzi nie powinni się przecież nigdy dowiedzieć. Stara Franciszka kiwała głową, czarnowłosa Stasia spoglądała porozumiewawczo, spluwając trzy razy przez lewe ramię, i wreszcie okrutna Mila posyłała drwiące uśmieszki zza sterty starych papierzysk. Żaneta z zakładu fryzjerskiego kroiła w kącie rzepę i traszki na odmładzający szampon, Bożenka polerowała kurzajki na twarzy Helli, w okiennice dął diabelski wiatr.

– No i cóż takiego osiągnęłyście w poprzednim miesiącu? – zapytała jako najstarsza Franciszka, bo przyszedł czas na podsumowania.
– Ja zacznę – zgłosiła się Halinka, prywatnie biblioterkarka. – Z pewnością żadna z was nie dopuściła się w tym miesiącu nawet połowy niegodziwości, jakie ja przeprowadziłam w jedno zaledwie popołudnie.

Tu Mila, Stasia i Bożenka ze smutkiem pokiwały głowami. Grudzień to jeden z najtrudniejszych miesięcy w roku: pod pozorem nieustannego gotowania powideł śliwkowych w tłocznych kuchniach trzeba było szykować nalewki z tojadu, przetwory z wilczej jagody, a wieczorami wpuszczać trucizny do przerębli i gorzkie dekokty do miejskiej sieci wodociągowej.

– Otóż – ciągnęła Halinka – kiedy zza chmur wyszło słońce i martwe gałęzie drzew rozbłysły wszystkimi odcieniami błękitu, lodowate sople zagrały białym dzwonieniem, zrozumiałam, że dzisiaj dzieci wyjdą na łyżwy, sanki i lepić bałwany w śniegu. To jedno wolne popołudnie wystarczyło mi, żeby wyrzucić z biblioteki całą literaturę dla dzieci i młodzieży na literę M i zastąpić ją pięćdziesięcioma wydaniami Marka Aureliusza. Czy to nie cudowne?

Halinka rozejrzała się wokoło, a jej pogodne oblicze rozjaśniała duma.

– Och, to jeszcze nic – Bożenka nie chciała pozostać gorsza. – W poniedziałek rano, akurat, kiedy dozorcy sprzątnęli wszystkie chodniki i posypali je solą i piaskiem, wezwałam dwadzieścia siedem burz i sztormów prosto znad Bałtyku i z powrotem zasypałam wszystko śniegiem.
– Wielkie mi coś! – powiedziała Hella. – Zwykła magia pogodowa, byle dziecko to potrafi. Posłuchajcie lepiej mnie! W środę między północą a świtem wypełniłam wszystkie kanały na Jeżycach jeżami. Z kranów zamiast ciepłej wody płynęły igły, a zamiast zimnej stara szczecina. Sklepowa przy Dąbrowskiego ze złości wyrzuciła telewizor za okno: trafił on w głowę przechodzącego studenta, który pod wpływem szoku postanowił zostać poetą.

Stara Franciszka aż cmoknęła ustami. Hella uśmiechnęła się triumfalnie. Stasia zaczęła nalewać naparu z piołunu i ożanki do szklaneczek z ozdobną rączką.

– A ty, Milu? – zapytała Franciszka. – Czym ty się możesz pochwalić?

Wszystkie wstrzymały oddech.

– Naprawdę tym razem nic wielkiego – powiedziała Mila. – Jak wiecie, od pewnego czasu zastanawiam się, czy nie pora już rozwiązać problem obecności mojego męża w domu. Na stałe.

Wszystkie ze zrozumieniem pokiwały głowami.

– Póki jeszcze zanosił pranie do kosza z brudami, chciałam być wspaniałomyślna. Ale ostatnio zdarzyło się wiele rzeczy i… W każdym razie, napisałam na niego donos, bo już nie mogłam go wytrzymać. Przedwczoraj zabrała go milicja.
– Ale to przecież żadne czary? – zapytała Stasia.
– W pewnym sensie nie – odpowiedziała Mila, z rozrzewieniem myśląc o starych, miłych sprzętach i ciszy.

Tags:

Najpierw była mała Gabrysia, która po prostu wyszła pewnego dnia z szafy, tego starego, miłego sprzętu, z włosami koloru mahoniowego drewna i silnymi, sękatymi rękami. Wywołało to pewną konsternację wśród spokojnych mieszkańców kamienicy przy znanej poznańskiej ulicy, szczególnie kiedy pan domu prawie potknął się o długą nogę nowoprzybyłej, niemal depcząc kłączaste paluszki.

Kontrolna lektura Pliniusza i “Zoologii” Arystotelesa szybko jednak ujawniła, że takie nagłe i tajemnicze pojawienia się dzieci nie były niczym niezwykłym: należało je raczej interpretować jako zapowiedź przyszłych, doniosłych wydarzeń.

(Tak też się stało, kiedy następnym tygodniu pani domu wreszcie zdobyła z dawna wyczekiwaną wersalkę do zielonego pokoju)

Rudowłosa driada rosła jak na drożdżach, chociaż szybko okazało się, że wbrew przypuszczeniom swoich opiekunów nie ma zamiaru żywić się słońcem i wodą, ale wymaga mleka, kaszek typu Milupa i bananów.

Przez jakiś czas w kamienicy przy znanej poznańskiej ulicy panowała błoga cisza, przerywana tylko niekiedy słodkimi szczebiotami Gabrysi, a także pojękiwaniami nieszczęsnego pana domu, który nie mógł powstrzymać się od twardych, prawdziwie męskich, jak u Marka Aureliusza, łez za każdym razem, kiedy łyżka bananowej Milupy lądowała mu na książce.

W zielonym pokoju na szafie stał rząd paprotek zielonych jak trucizna, pyszniących się tropikalnymi pióropuszami, które powiewały na letnim przeciągu jak mięsożerne orchidee. Ida wyszła z kwiatu jednej z tych paproci w obłokach pyłku i przy akompaniamencie kichnięć. Na początku była mała i wiotka, jak Calineczka, ale szybko urosła, utuczona na pożywnej diecie z błota i ropuch.

(Na ścianach, obok zasuszonych liści i rysunków drzew, pojawiły się ususzone żabie wnętrzności, które, zdaniem Pliniusza, pomagały na niestrawność i reumatyzm)

(Na początku Mila próbowała interweniować i ubierać małą Idę w sukieneczki, ale ta wolała spodenki z pajęczej nici i koszulki z gnijącego mchu)

Z kuchennego pieca co sobotę wychodziło ciepłe, drożdżowe ciasto, co wtorek kojąca strucla z kruszonką, a co czwartek porcja kruchych ciasteczek z lukrem, ale w pewien ciemny zimowy wieczór wypełzło z niego bulwiaste, zółtawe zwierzę na siedemnastu nibynóżkach, otoczone złotawym śluzem. Ida natychmiast je przygarnęła i nazwała Patrycją.

Mała szybko znalazła wygodny kątek w przedpokoju, gdzie z przędzonej przez siebie nici i żrącego płynu wydzielanego przez gruczoły położone na spodniej stronie szczękoczułek uwiła sobie kokon, wewnątrz którego, ku wielkiej uldze Mili, spędziła następne siedem lat.

(Tylko czasem słychać było w zielonym pokoju jakby mięsiste tupanie wielu nibynóżek, a myszy, rybiki i inne nieostrożne żyjątka znikały często w tajemniczych okolicznościach)

Życie w kamienicy toczyło się leniwie i spokojnie. Ignacy sprawdzał u Pliniusza, czy kokon nie wymaga regularnego nawadniania i jakichś specjalnych nawozów, a Mila zbudowała wokół niego półeczkę na buty. Gabrysia ciągle rosła, a jej mahoniowe włosy z wiekiem jakby sztywniały; wiotkiej jak Calineczka Idzie wyrastał właśnie ósmy rząd zębów.

(Pan domu w milczeniu zjadał piątkową szarlotkę)

Nikt nie umiał powiedzieć, skąd się wzięła Natalia. Któregoś dnia wyszła spomiędzy desek podłogi i zażądała natychmiast nowego wydania wierszy Apollinaire’a albo, jak utrzymywał zdruzgotany pan domu, wyłoniła się nagle zza firanki i wyrwała mu z rąk poezje Catullusa, świeże, zaledwie dwa razy czytane. Wielu sąsiadów przysięgłoby jednak, że widzieli ją w kamienicy już znacznie wcześniej: błysk oczu na ciemnym korytarzu w piwnicy, światło rudych jak krew włosów wieczorem na dachu, szelest krótkich spodenek na pustej klatce schodowej w południe.

Sama Natalia twierdziła, że była w mieszkaniu od zawsze: że jej obecność poprzedzała nawet pojawienie się tam Borejków, których w zasadzie uznawała za nielegalnych lokatorów. Jeśli jednak zgodzą się jej płacić czynsz w książkach i nowych wydaniach, oświadczyła zza rogu obrusa, przymknie oko na ich karygodne postępowanie i pozwoli im dalej mieszkać w kamienicy.

(Natalia upierała się też, że w Poznaniu mieszkała już, zanim osiedlili się tam ludzie, ale któż dawałby wiarę dziecku, które tyle czyta?)

Mila być może protestowałaby, ale dziwne stworzenie, Natalia, dało już nura między szpary w podłodze, a od strony kokonu dało się słyszeć podejrzane szmery i bzyczenie, musiała się więc pospiesznie oddalić w stronę przedpokoju.

Życie wśród miłych, starych sprzętów płynęło leniwie i spokojnie. Gałęzie filodendronu chwiały się na wietrze, z kuchni unosił się aromat smażonych traszek i jajecznicy z kiełbasą.