[content goes here]

Posts Tagged ‘książki

Bez wdawania się w przesadne mamlanie!

Oczywiście nie mam pojęcia o historii ogólnie, a już średniowiecza w szczególności, ale oczywiście słyszałam o pięknej konwersji Chazarów, których wyobrażam sobie od zawsze jako ludzi wybitnie racjonalnych, chytrych i podstępnych
(to komplement)
(proszę nie rozwiewać moich złudzeń rzeczami tak zbędnymi jak szczegółowe informacje!)
jednak moja ostatnia lektura prokrastynacyjna wzbudziła we mnie prawdziwy podziw i głęboką miłość do bezimiennego chytrego i podstępnego kagana, który jak nikt inny wcześniej i później rozegrał przeciw sobie trawionych wzajemną nienawiścią religionistów. To, co zrobił, było genialne w swojej prostocie, wspaniałe i nadal zasługuje na szacunek: takich właśnie bohaterów potrzeba nam w tych trudnych czasach:

Remarkably, a copy of the khagan’s reply to this letter survives, with the Khazar ruler explaining his tribe’s conversion to Judaism. The decision to convert, wrote the khagan, was the result of the great wisdom of one of his predecessors, who had brought delegations presenting different faiths to present the case for each. Having pondered how to best established the facts, the ruler had asked the Christians whether Islam or Judaism was the better faith; when they replied that the former was certainly worse than the latter, he asked the Muslims whether Christianity or Judaism was preferable. When they lambasted Christianity and also replied that Judaism was the less bad of the two, the Khazar ruler announced that he had reached a conclusion: both had admitted that ‘the religion of the Israelites is better’, he declared, so ‘trusting in the mercies of God and the power of the Almighty, I choose the religion of Israel, that is, the religion of Abraham’.[P. Frankopan: The Silk Roads: A New History of the World, p. 112]

Nawet, jeśli wierzyć skrajnym sceptykom, podważającym całą tradycję i ignorującym monety z Mojżeszem: ktokolwiek napisał, jak przechytrzyć religijnych nienawistników, musiał być bardzo mądrym człowiekiem.

Tak naprawdę to tylko złośliwość, bo Natsume Souseki znał się na nauce bardzo dobrze, śledził nawet najnowsze artykuły w naukowych czasopismach o fizyce (pewnie nie tylko, ale akurat na to dysponuję Uwiarygadniającym Cytatem).

Ale do rzeczy! Nagayama Yasuo, autor “Ougai no okaruto, Souseki no kagaku” pisze, że drwiny z nauki pojawiają się w pisarstwie wielu autorów okresu Meiji, bo w Japonii zachodzi wtedy intensywna modernizacja i intelektualiści, którzy wcześniej mogli zrozumieć cały świat i wszystkie rządzące nim reguły, nagle znajdują się w diametralnie odmiennej sytuacji. Żarciki dotyczące fachowego żargonu i dziwacznych tytułów prac naukowych miałyby więc wynikać z bezradności, jaką przeciętny czytelnik, jeśli nie autor, miałby odczuwać wobec przytłaczającego ogromu wiedzy i drobiazgowej specjalizacji, jaka zaszła w poszczególnych dziedzinach nauki. Nie jestem pewna, czy do końca mnie to przekonuje, ale fragmenty zebrane z dzieł Sousekiego są niewątpliwie czarujące.

Jeden z bohaterów “Jestem kotem”, Mizushima Kangetsu, zostaje opisany przez narratora jako “obiecujący młody fizyk”. Wśród jego prac wymienione są następujące tytuły:

“Dynamika strangulacji”, “Ruchy ciał niebieskich na podstawie stabilności żołędzia”, “Wpływ promieniowania ultrafioletowego na aktywność elektryczną gałek ocznych żaby”

W “Sanshirou” znajduje się następująca scena, w której tytułowy bohater odwiedza pracującego nad eksperymentem Nonomiyę:

Rozejrzał się po pokoju. Na jego środku stał wielki podłużny stół z dębowego drewna.  Położono na nim jakąś skomplikowaną, pełną drutów maszynerię, a obok umieszczono szklaną misę wypełnioną wodą. Jakby porzucone, znalazły się tam jeszcze dłuto, nóż i muszka. Po przeciwnej stronie pokoju, w kącie, stał podest z granitu, na prawie metr wysoki, na którym spoczywał misterny mechanizm wielkości puszki pikli fukujinzuke. Sanshirou zauważył dwie dziury, wycięte na puszce z boku. Coś się w nich świeciło jak oczy wielkiego węża. Nonomiya zaśmiał się i powiedział, oczywiście, że się świecą, po czym wyjaśnił, jak następuje (…)

Mori Mari pisze, że Maupassant pisze, że woda żyje. U Sousekiego żyje maszyna.

[Wybaczcie fatalne tłumaczenie! Nie umiem, mimo wielokrotnie ponawianych i usilnych prób, tłumaczyć Sousekiego, po prostu do siebie nie pasujemy]

 

Hamao Shirou, Satsujinki

[Spoilery dotyczące książki, której nigdy nie przeczytacie, jeśli nie umiecie japońskiego i pewnie jakiejś klasyki zachodniego kryminału sprzed 80-120 lat]

“Satsujinki” (“Morderca” albo “Morderczyni”) to napisana w 1931 (o ile nie mylę się w przeliczaniu kalendarzy) książka Hamao Shirou. W gruncie rzeczy nie wiem, jak w tym czasie wyglądał świat kryminałów na Zachodzie, ale w Japonii powieści detektywistyczne od kilku lat osiągały szczyty popularności, a w tle toczyła się dyskusja o konwencjach, ograniczeniach i zasadach rządzących gatunkiem. Motywy w japońskich powieściach detektywistycznych od samego Edogawy Ranpo po najróżniejszych pomniejszych autorów bardzo często zapożyczane były z produkowanych miejscowo albo masowo tłumaczonych z języków zachodnich książek kryminologicznych czy lepiej “kryminologicznych” (na przykład Lombroso czy von Krafft-Ebing) i sensacyjnych opowieści o prawdziwych przestępstwach (w samym “Satsujinki” wymienieni są chociażby Constance Kent i George Smith). Sprawcy niezliczonych morderstw i kradzieży opisywanych na stronach takich czasopism jak “Kingu” czy “Shinseinen” najczęściej rekrutowali się spośród różnych klas osób niepożądanych: “dewiantów” w rodzaju homoseksualistów, nimfomanek, sadomasochistów i sadomasochistek etc., nieślubnych synów i córek, adoptowanych dzieci z wrodzonymi skłonnościami do zbrodni, odziedziczonymi po “prawdziwych” rodzicach, i tak zwane wtedy (na szczęście teraz już nie) “mieszańce”, czyli osoby pochodzące ze związków między osobami różnych ras. Dyskusje dotyczące powieści detektywistycznej skupiały się także na tym, jaki sens ma pisanie w taki właśnie a nie inny sposób, poprzez chociażby uciekanie od problemów związanych z tworzeniem skomplikowanej zagadki w rejony rozmaitych patologii. Nie bez znaczenia była też erotyzacja kobiecego ciała w różnych konfiguracjach powieści detektywistycznej: jako femme fatale uwodzącej detektywa, a w ukryciu dążącej do jego upadku, jako drżącej i bezradnej ofiary, prześladowanej przez niewidzialnego i wszechobecnego (przyszłego) sprawcę, a wreszcie jako ułożonego w wabiącej widza lub czytelnika trupa. Z tym wszystkim wiązały się oczywiście zupełnie pseudonaukowe z obecnego punktu widzenia rozprawy o naturze przestępczości u kobiet, takie jak twierdzenia, że Takahashi Oden, skazana na śmierć w 1879 za zabójstwo zamożnego kupca, miała niezwykle wielką łechtaczkę, przypominającą z wyglądu penis, co miałoby rzekomo wyjaśniać jej przestępcze skłonności.

Do tych wszystkich dyskusji nawiązuje, często krytycznie (chociaż jest to rodzaj krytyki, który często z bardziej naszego punktu widzenia powoduje nierzadko jeszcze większe problemy) Hamao w swojej powieści. Nie jest on w żadnym razie autorem wybitnym, więc z góry wiadomo, że udało mu się pokonać całkowicie – czy właściwie nawet częściowo – uprzedzenia typowe dla jego epoki, ale to nie szkodzi. Dzięki temu lektura jest jeszcze ciekawsza.

Tyle tytułem wstępu.

[Bardzo ciekawą książkę o najstarszych japońskich kryminałach napisała Sari Kawana – Murder Most Modern – jeśli ktoś ma chwilkę, bardzo polecam!]

Rozdział 1

Ekspozycja: pojawia się detektyw Fujieda Shintarou, od początku opisany przez autora jako mizogin (to ważne!). Fujieda ma około czterdziestu lat, jest kawalerem i mieszka z matką. Pojawia się Akikawa Hiroko, która zaniepokojona tajemniczymi listami w kopertach z trójkątną, czerwoną pieczątką, które otrzymuje jej ojciec, a potem z kolei jego niepokojącym zachowaniem, szuka pomocy u znanego prywatnego detektywa. Ogawa, będący Watsonem Fujiedy, poświęca opisowi Hiroko około strony. Fujieda mówi, że piękne kobiety zawsze kłamią.

Rozdział 2

Pierwsze morderstwo. Matka Hiroko, jej dwóch sióstr i brata zostaje otruta. Rodzina Akikawa jest “dziwna”. Między sypialnią Tokuko a jej męża są drzwi, które ta pierwsza co noc zamyka na klucz. W noc morderstwa Sadako, średnia córka, i jej narzeczony, Date Masao (adoptowany przez pana domu), kłócą się z Tokuko, która jest przeciwna ich małżeństwu. Fujieda podejrzewa Hiroko i służącą.

To oczywiście coś, co drażni mnie najbardziej: beztreściowy slogan. Można tak się przerzucać sloganami w nieskończoność, nie osiągając zupełnie niczego (może oprócz samozadowolenia? Chociaż trzeba patrzeć podejrzliwie na każdą osobę, która zadowolenie czerpie z rzucania sloganami) i nie zbliżając się ani krok do prawdy, która jest taka, że rzeczywistość jest skomplikowana (jedyny slogan, jaki mogę zaakceptować, oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami).

Kiedy się zacznie uzupełniać slogan o szczegóły, niuanse, tło i uwarunkowania, zawsze i nieodmiennie okazuje się, że nie, wcale nie i po tysiąckroć nie.

Ludzie, którzy mówią, że czytanie jest fajne (albo ważne, albo wartością samą w sobie), zazwyczaj mają na myśli czytanie książek i jednocześnie ubolewają nad upadkiem czytelnictwa (cokolwiek by to nie miało być). Nie mam czasu na pisanie długiego elaboratu, wyczerpująco opisującego wszystkie zagadnienia związane ze zmniejszeniem się liczby osób, które deklarują, że czytały bądź kupiły książki; na to potrzeba by całej książki (albo kilku). Sądzę jednak, że warto zadać sobie kilka prostych pytań, zanim się odwoła do jednego z najstarszych ludzkich zwyczajów (pierwsze przykłady już w starożytnej literaturze sumeryjskiej): narzekania na upadek czasów.

Czy każda książka jest fajna i warto ją czytać tak samo? Czy wszystkie książki służą do tego samego? Czym się różni książka czytana dla rozrywki od książki czytanej dla zdobycia wiedzy? Czy wiedza książkowa jest całością wiedzy? Jak często korzysta się obecnie z przepisów na blogach a ile razy z książek kucharskich i czy faktycznie istnieją ważne różnice między blogami kulinarnymi a książkami kucharskim, które sprawiają, że to książki są bardziej wartościowe? Co to jest “tekst kultury”? Czy należy budować różnice na poziomie moralnym między mną, kiedy czytam dla rozrywki “Nowoczesność i Zagładę” a moją koleżanką, która dla rozrywki ogląda “Grę o tron”?

Czy wszystkie sposoby czytania są takie same i tyle samo warte? Czy wszystko czyta się w taki sam sposób? Dlaczego nie można powiedzieć, że czyta się gry komputerowe, nawet że czyta się je interaktywnie, jednocześnie tworząc, samemu wpływając w jakimś stopniu na treść pojawiającego się tekstu? Dlaczego nie można traktować gry komputerowej jako tekstu, jeśli dla mnie na przykład gra RPG nie różni się niczym od książki przygodowej: obie porzucam znudzona, kiedy wszystkie tajemnice się wyjaśniają i zostaje tylko do pokonania ostatni boss?

Co powoduje, że tekst cieszy się wśród sloganistów takimi przywilejami? Co z kulturą wizualną? W jaki sposób człowiek ma się nauczyć doceniać piękne przedmioty i artefakty należące do różnych dziedzin sztuki innych niż typografia poprzez oglądanie liter? Dlaczego druk ma mieć pozycję uprzywilejowaną, czemu te same słowa realizowane jako dźwięki albo dźwięki, którym towarzyszy również obraz, muszą być immanentnie gorsze?

Co z głosem i dźwiękiem? Co z uczestnictwem w przestrzeni trójwymiarowej? Czym się różni czytanie gazety od spaceru?

Myślę, że ja na swój własny użytek odpowiedziałam sobie na te pytania i byłoby czymś pożytecznym, gdyby inni też to zrobili.

Wzięłam z księgarni, bo leżała na wierzchu i żeby mieć co czytać w kolejce do lekarza. Zastanawiałam się jeszcze nad inną książką, pewnego mocno lansującego się kulturoznawcy, ale zbrzydził mnie ten lans i pomyślałam sobie, Marek Nowakowski nie żyje, umarli się nie lansują. Wzięłam znaczy oczywiście, kupiłam.

Kolejka do lekarza trwała najwyżej dwadzieścia minut, dojazd niewiele dłużej i w tym czasie zdążyłam kilkakrotnie zadać sobie pytanie, czemu właściwie dalej to czytam, przy czym irytowały mnie nie tyle politycznie wtręty o zaczadzeniu komuną i jej wszechobecnych mackach, tudzież o domniemanym fanatyzmie jej wyznawców w opozycji do rzekomego niefanatyzmu chłopców w roku 1953 próbujących po kryjomu zbierać broń palną i szykować powstanie zbrojne, ale raczej wszechobecna pochwała kombinatorstwa, oszustwa i cwaniackiego sprytu. Czytałam jednak dalej i mam nadzieje, że doczytam do końca, bo gdzieś na ostatnich dwudziestu stronach znajduje się sprytnie ukryta przeze mnie recepta, przedmiot pożądania i cel mojego stania w kolejce, którą warto by wykupić, zanim straci ważność.

Z całą pewnością jednak są to najdziwniejsze wspomnienia, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Odnosi się wrażenie, że Nowakowski pisał, jak myślał wtedy i jak myśli nadal, przy czym między wtedy a nadal nie pojawił się żaden moment refleksji co do słuszności takiej czy innej reprezentacji przeszłości, tak jakby reprezentacja przeszłości nie istniała. Jest przeszłość, jest teraźniejszość, nie ma pamięci.

Rozczulający jest dziecinny i chłopacki stosunek do rzeczywistości: są koledzy, są koleżanki; z kolegami rozmawia się o Polsce, chodzi na wódkę i na dziewczyny, koleżanki mają piersi, włosy i usta, i można się z nimi żenić. Szczególnie rozbrajające są fragmenty, w których tym dziecinnym tonem pisze o dorosłym życiu, czyta się to nie jak czyjeś wspomnienia, ale jak relacje z zabawy dziecka w dom. Naiwność i prostota stylu tworzą jednak momenty, w których Nowakowski ociera się o geniusz, jak w krótkim opisie kolegi Żyda, który przeżył getto.

Z drugiej strony naiwnie nabożny stosunek względem przedwojennej przeszłości, przedwojennych profesorów, przedwojennych książek, przedwojennych mecenasów (dzięki czemu dowiedzieć się można, że ksiądz Longchamps de Berier jest owocem wielu pokoleń chowu wsobnego prawniczej gildii), przedwojennych nauczycieli i przedwojennych działaczy przypomina ton z książek dla dzieci w rodzaju “W pustyni i w puszczy”, tym razem jednak słyszany z ust dziecka.

Takie wrażenie potęgowały dla mnie zdania z dziwnie nieprzystającymi do siebie słowami, “litanie, nowenny, pieśni maryjne, bogaty repertuar”, gdzie myślałam, jak dobrze by było, gdyby ktoś powiedział Nowakowskiemu, że to właśnie jest repertuar, czemu nikt mu nie powiedział, że to jest repertuar.

Ale nikt mu nie powiedział, a mi zostało jakies 50 stron.

Tags: