[content goes here]

Posts Tagged ‘prawdziwa historia

Słodkie lata kondycji lumpenproletariackiej minęły jak złoty sen, jak marzenie motyla, jak babie lato i matka Heleny wydała się za mąż kolejno za producenta meloników z poważnymi problemami gastrycznymi, projektanta budynków gospodarczych, którego dręczyły straszne bóle głowy, fabrykanta wody sodowej cierpiącego na podagrę, która okazała się czymś znacznie poważniejszym, a wreszcie właściciela kopalni papieru toaletowego.

Praca w szpitalu zawsze jest dobrym wyborem dla kobiety, powtarzała matka Helenie już od dzieciństwa i, jak widać, miała swoje powody. Była na miejscu pierwsza, żeby dowiedzieć się o chorobach żon, ciotek, kuzynów, mężów, a potem o ich śmierciach, kiedy się zdarzały. Kobieta najlepiej wygląda w białym fartuchu, zwłaszcza, jeśli trochę poplamiony jest krwią, opowiadała Helenie, kiedy ta miała jedenaście lat, a sama zajęta była praniem czepka. Kobieta najpiękniej się uśmiecha, kiedy para się przedsiębiorczością, wyjaśniała cierpliwie Helenie, dokonując skomplikowanych operacji kredytowych, inwestycji i przejęć, mających na celu zapewnienie jej najważniejszych serii zabiegów kosmetycznych, zakupów we właściwych butikach i nieskończonej parady wygodnych, ale seksownych butów.

No więc matka Heleny została żoną właściciela kopalni papieru toaletowego: ten pożądany i rzadki towar w okolicy wydobywali tylko górnicy i górniczki w dwóch kopalniach: Iskra i Pożar, ale cały urobek z Iskry szedł na eksport za Watowe Góry, a połowa papieru z Pożaru wymieniana była w Jelitkowie na szkatułki i parawany niezbędne do funkcjonowania miejscowej gospodarki rybnej.

Matka Heleny wydała się za właściela kopalni i tak naprawdę w życiu Heleny bardzo niewiele się zmieniło, bo już małżeństwo z fabrykantem wody sodowej spowodowało liczne i gwałtowne transformacje w regularności przelewów i ich wysokości, ale też już od związku z projektantem budynków gospodarczych, zaangażowanym we wsi na okres siedmiu lat przy budowie dwunastu zbiorników wodnych na ryby hodowlane, niby-ryby, pseudo-ryby i ryby lądowe, stanowiące ostatecznie podstawę miejscowej gospodarki, Helena pożegnała się ostatecznie z kondycją prekarną. Nagle wszystko się ustabilizowało: opłaty za studia, podatek od morowego powietrza i zamówienia pocztowe przesyłane na bieżąco. Helena musiała uczyć się wszystkiego od nowa, bo jej dzieciństwo wyglądało przecież zupełnie inaczej, spędzone wśród górników, spoconych i śmierdzących surowym papierem, kaszlących od papy, która pod ziemią dostawała im się do płuc i nieustannie umazani na szarobiało.

W pewnym sensie życie Heleny wypłynęło wtedy na powierzchnię. A potem przyszło babie lato, marzenie motyla, popołudniowa drzemka, krótki sen przelotnych znajomości z gośćmi miejscowego zajazdu, którzy przyjeżdżali na chwilę, sprawdzić coś albo zabrać, albo dostarczyć, żeby zaraz potem zniknąć w tumanach mułu i wodorostów.

Ale Helena nie narzekała: przynajmniej nie kaleczyła sobie ciągle palców przy szyciu meloników, co było wcześniejszym etapem jej drogi przez kondycję prekarną do stanu odpowiadającego zakończeniom bajek, które nawet w dzieciństwie, kiedy jej matka w białym kitlu tłumaczyła jej, co to znaczy być kobietą, wydawały się jakieś podejrzane.

Po babim lecie przychodzi jesień: drzewa uginają się pod ciężarem tłustego ptactwa, owoców i homarów.

Helena ugryzła jabłko.